Czerwony Szlak z nowym rekordem Maurycego!

Maurycy Oleksiewicz: Rok 2011, meta łódzkiego maratonu, dobiegają herosi – dla mnie niewyobrażalny wyczyn. Biegam już wtedy regularnie ponad rok, ale ponad 40km to dla mnie istne science fiction. Też bym tak chciał, chociaż raz w życiu złamać powiedzmy 4 godziny…
Rok 2012, mój debiut w maratonie. Zegar zatrzymany po 2godzinach i 45minutach. Przy okazji wpada tytuł Mistrza Łodzi.
Rok 2016, pierwsze krótkie ultra w górach. Mam już na koncie 10 płaskich maratonów, życiówkę dociągnąłem do 2:38. Więc dlaczego mam nie zacząć górskich 46km jakimś mocnym tempem? W drugiej połowie dystansu mijają mnie już wszyscy niczym drzewo. Bardzo bolesna lekcja pokory.
Rok 2017, czas wziąć rewanż na górach. Cały rok przygotowywałem się do Maratonu Karkonoskiego. Wpadam na metę jako pierwszy.
Rok 2019, Piotrek Pazdej domyka Czerwoną Pętlę w 20:39. Ja mam już na koncie Rzeźnika i dwie górskie setki. Kiedyś podejdę do tej pętli, może jak skończy mi się progres w górach?
Rok 2021, październik. Właśnie odniosłem swoje 12.zwycięstwo w ukochanych górach. Pomału czas myśleć o końcu sezonu. A może by tak teraz rozprawić się z Czerwonym Potworem?


Czerwony Szlak Okrężny Wokół Łodzi
Pierwsza myśl jaka zakołatała mi w głowie krzyczała do mnie „zrób to sam”. Powiem tylko mojej Beacie i pobiegnę. Ponad sto osiemdziesiąt kilometrów, w wyśmienitej większości po terenie całkowicie mi nieznanym. Jakkolwiek bym nie ustawił w listopadzie pory startu, to jednak będzie blisko 10 godzin po ciemku. Po wewnętrznej walce postanowiłem jednak upublicznić swój szalony plan. Błyskawicznie spotkałem się z żywym zainteresowaniem i chęcią pomocy. Okej – zrobimy to wspólnie…
Wybiła północ, nadszedł 11.listopada. U mojego boku wierny druh Prezes Szakali Szymon, a na rowerach towarzyszą mi SzyMEN i Marcin Reszke. Czas start.
Już po 30minutach okazało się że miejski rower SzyMEN’a może mieć problem na odcinkach terenowych. Wiedząc że kolega ma jednak łeb na karku i korzysta z wgranego do zegarka śladu trasy (tracka) przyjęliśmy słuszne założenie że będzie nadganiał na asfalcie. Na gwiaździstym skrzyżowaniu w Nowosolnej czekał Szakal Dominik. Ciepłe słowo i przybicie piony w środku nocy zawsze jest niezmiernie miłe, zwłaszcza gdy się tego nie spodziewamy. Zachodnie rubieże Lasu Wiączyńskiego przywitały nas jakimś głębokim rowem. Być może nie dostrzegliśmy obejścia szlakiem, ale wszystko zgadzało się jednak ze wskazaniami zegarków i przez podmokłe kręte ścieżki płosząc przy okazji żerującą zwierzynę odcinaliśmy kolejne metry z naszej wyprawy. W Wiączyniu Dolnym nawiedził nas Ultra Jurek, zapewnił że dołączy później ale nie zdradzi gdzie. W Bedoniu odbiliśmy w błotnistą dróżkę i już zaraz tunelem pod torami kolejowymi dotarliśmy na jeszcze bardziej grząskie tereny przy stawach na rzece Miazdze. Kolejne kilometry mijały błyskawicznie. Biegnący ze mną ramię w ramię Szymon walczył ze swoimi kryzysami i nie odstępował mnie nawet na krok. Pierwszy swój maraton w Bronisinie domknąłem w 3h46m. Była to wyczekiwana już nieco meta dla Prezesa, a pałeczkę w dalszej sztafecie przejął Szakal Piotr. Kalinko, Modlica, Tuszyn, słynną „Gierkówkę” przecięliśmy idealnie po 5 godzinach. Jeszcze przed startem słysząc zapewnienia o drożności odcinka przez tuszyńską Poddębinę do szpitala nie mogłem odmówić sobie tego przełaju. Dla rowerzystów był on jednak zdecydowanie nie do sforsowania, ale dzielnie dołączyli do nas już niebawem na pierwszym zorganizowanym przez Szakala Adriana bufecie.
Po pożywnej zupie warzywnej, lekko pobudzony kawką, ruszyłem dalej, a towarzyszyć zaczął mi wówczas świeżo upieczony maratoński „trójko łamacz” Michał Runner, z którym niedawno wspólnie pokonywaliśmy beskidzkie szlaki. Uprzedzając fakty, tak jak zadeklarował, tak wspierał mnie aż do torfów w Rąbieniu czyli przez przeszło 60 kolejnych kilometrów. Przy osadzie Sereczyn czekał już Łukasz Kubas. Mając dalej przy boku mieszkańca Pabianic, w które właśnie wkroczyliśmy, byłem spokojny o wszelkie nieoczekiwane sytuacje w remontowanym centrum miasta. Drugi maraton stuknął mi w Lesie Karolewskim. Czas znowu poniżej 4 godzin, co uwzględniając przerwę na wcześniejszym bufecie świadczyło o wciąż bardzo dobrym tempie. Pierwsze małe kłopoty pojawiły się przed 90.kilometrem. Ci z nas, co podążają długą ścieżką doskonale znają przypełzające niewiadomo skąd i kiedy problemy jelitowe. Nawet wprowadzone do diety na kilka tygodni przed startem probiotyki i dość reżimowa dieta nie pozwoliły mi w drugą część trasy ruszyć w pełnym komforcie. W Kolumnie przy stacji kolejowej czekał na nas już Szakal Michał, który z pozycji rowerowego siodła wspierał mnie już tego dnia do samego końca i raczył nektarem ultrasów coca-colą. Pod koniec rozległego Lasu Poleszyn domknąłem pierwszą setkę, tym samym ustanawiając swój nieoficjalny rekord na tym dystansie na wartość 9g15m. Było to kwadrans szybciej niż zakładałem dzień wcześniej. Średnie dotychczasowe tempo 5:33/km prognozowało fantastyczny wynik, ale doskonale wiedziałem że z każdą kolejną godziną siły zaczną mnie opuszczać i zwalnianie było poniekąd wkalkulowane w całą tą zabawę. Muszę tu podkreślić że czynnikiem limitującym mój końcowy rezultat był zdecydowanie czas trwania wysiłku, a nie początkowe w pełni dla mnie komfortowe tempo.
Moment za fikcyjną linią setki czekała rekordzistka Głównego Szlaku Beskidzkiego, niezniszczalna UltrAndźka – Angelika Szczepaniak . Kawałek dalej dołączył podążający podobną do mnie drogą rozwoju biegowego Daniel Matusiak, którego mam nadzieję zaraziłem górską biegową przygodą. Jeszcze przed Lutomierskiem z przepyszną herbatą imbirową stała Magda Kubicka, a w dalszą drogę ruszył na rowerze aktualny rekordzista Czerwonej Pętli Mirek Nowak. Gdy do tego wesołego pociągu dołączyli kolejno Łukasz Urbanik i Tomek Kunikowski dotarło do mnie że właśnie na moich oczach dzieje się coś niezwykłego. Jednoczyłem w jednej sprawie ludzi czasem sobie wzajemnie nieznanych. To wtedy gdy do tej całej mrocznej układanki wstawiałem kolejne puzzle dostrzegłem bardzo istotny motywator do walki ze słabnącym organizmem: „Muszę to zrobić dla Nich”. Następny z beskidzkich muszkieterów Majkel nadjechał swoim jednośladem. Jeszcze nie biega, liże rany i zbiera siły na nasze przyszłoroczne chore projekty 🙂 Bufet na torfach w Rąbieniu za 123.kilometrem perfekcyjnie zorganizował Michał Szczepaniak. Naleśniki z dżemem ucieszyły nie tylko mnie, ale i znaczną część towarzyszącej mi ekipy. Po szybkim całusie od żony w asyście Szakala Mariusza polecieliśmy w stronę Aleksandrowa. Miejski rynek, uroczystości związane z obchodami święta 11.listopada, samo południe a więc i dodatkowo dzwony. No chce się biec.
W okolicy 140.kilometra w Grotnikach nadszedł ten moment którego się najbardziej obawiałem, to wtedy zacząłem momentami przechodzić do marszu dając nogom i sercu choć chwilę oddechu. Na trasie czekał Adrian Jurkowski, który z nową zarażającą wszystkich energią wkroczył tutaj do Zespołu. Już do samej mety, a więc cały ostatni maraton, nie udało mi się ciągiem przetruchtać nawet czterech kolejnych pełnych kilometrów, a niektóre niechodzone odcinki były zawstydzające krótkie. W Rosanowie na 150.kilometrze czekali już z bufetem Maciek Jęcek z żoną. Zamówione risotto z warzywami, pół puszki piwka 0, rękawiczki od Ani Kociak która jechała dalej z nami rowerem, szakalową pałeczkę sztafety przejął Adam – to takie moje migawki z tego momentu. Próbując zająć czymś głowę zacząłem kalkulować końcowy rezultat. Trochę całek, pierwiastków, szybki logarytm i 18godzin pokazało mi wymowny środkowy palec. W Dzierżąznej spotkałem wyraźnie wzruszonego ojca – kapitalne doświadczenie spotkać go w takim momencie. Kazał biec, a że rodziców słuchać trzeba to nie było wyjścia. Chwilę później dołączył ubrany dość lekko Romek Sworski. Aż mi się go żal zrobiło że będzie tak ze mną marzł przez kolejne niekończące się kilometry. Jeszcze tylko spontaniczny bufet od Pauliny Borkowskiej i już zaraz wyrósł przedostatni zielony kompleks – Las Szczawiński. Piotr Kamiński – Run Your Trail zmienił Adriana, który definitywnie odebrał Marcinowi rower. Marcin jest super kolarzem, od niedawna sobie pobieguje, w życiu nie przebiegł jeszcze nic ponad 20 parę kilometrów, a tego dnia niemal od samego początku co kawałek zeskakiwał ze swojego rumaka aby prowadząc go obok dogrzać się w truchcie. Suma summarum wraz z końcowym półmaratonem więcej trasy mógł przebiec niż przejechać. Mam nadzieję że nie zrazi się do tego sportu 🙂
Zbliżaliśmy się do naszej łódzkiej puszczy, Lasu Łagiewnickiego. W Smardzewie na kolejny truchto-marszowy tym razem odcinek wyskoczył Szakal Piotr, a chwilę później jego żona Kinga. Księża Droga, Klasztor Franciszkanów i wreszcie wyczekiwana miękka leśna ściółka. Głupawka udzielała się już wszystkim, były chyba jakieś piosenki, może tańce (albo to tylko ja walczący ze skurczami), odliczaliśmy skrupulatnie każdy dzielący nas od mety kilometr.
Ostatnia prosta na Wycieczkowej, wypuścili mnie na czoło grupy, widzę kilka osób, wstęga na mecie, korona od Mirka – Umarł Król, niech żyje Król… Padam na kolana, jest szampan, nie mam siły płakać choć jestem piekielnie wzruszony.
Przesunąłem swoje granice w sposób niewyobrażalny dla mnie jeszcze kilka lat temu. Nie dokonałbym jednak tego sam. Dzięki Ludzie Złoci!
183km – 18:47:08 – śr tempo 6:10/km
Foto: Foty Beaty – Beata Oleksiewicz

Powiązane Posty