Jak to jest przebiec 100 mil? – relacja Mario z Gwint Ultra Cross

To dystans nietypowy, budzi respekt – w końcu to 161 km. Zazwyczaj 10 km już potrafi zmęczyć. Tylko że 10 km biega się z zupełnie innych powodów, niż 161 km. Jest inna motywacja, każdy ma swój powód, dla którego to robi. W pokonywaniu takich dystansów należy zaakceptować to, że coś nas zacznie boleć, w końcu będzie bolało, aż w końcu ból stanie się częścią wyścigu w takim stopniu, że trzeba się przyzwyczaić, albo i nie. Chodzi o to, aby się nie poddać, kiedy organizm oraz głowa namawia do zakończenia. Dlaczego? Bo kiedy coś się zaczyna, należy to skończyć !!!  Nie należy się poddawać, trzeba się przezwyciężyć. To tak jak w życiu – podejmujemy jakieś działanie,  zaczynamy, a po chwili nasza motywacja spada i co dalej? Nasze myśli nie są już na tym skoncentrowane, działania zostają zaprzestane. Zaczynamy od nowa z niezakończonymi planami wcześniej. Czynność powtarzamy w koło. Dlatego ultrabieganie zmienia charakter, którego podobno się nie da zmienić. A jednak. Po ukończeniu czegoś takiego człowiek jest na takim poziomie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście to jeden z czynników.

To jest mój powód biegania biegów ulta, ale jak pisałem, każdy ma swój…

Ultra Gwint 100 mil to impreza, na którą zapisałem się, jak tylko zobaczyłem ten dystans. Od dawna 161 km było moim cichym marzeniem. Jest to bardzo popularny dystans w świecie ultra, chodź w sumie w Polsce po raz pierwszy i za to można podziękować organizatorom.

Start o godzinie 18.00 w piątek 8 maja. Wyruszyliśmy z rynku w Grodzisku Wielkopolskim. Pierwszy raz miałem okazje gościć w tym mieście. Już na starcie sporo znajomych z innych biegowych imprez, w tym od biegu 147, Szczecin Kołobrzeg, czy Łemkowskiej mordęgi w błocie. Po wstępnej odprawie przedstartowej, wyruszyliśmy ulicami Grodziska. Chyba troszkę zbyt szybko, tempo w granicach 6 min na km. Niby wolno, ale jednak na ten dystans to szybko. Po opuszczeniu miasta skierowaliśmy się na drogę gruntową prowadzącą na leśne dukty

Już na początku około 10 km niczym rządek baranów jeden za drugim nie skręciliśmy tak, jak powinniśmy. Tak więc nawrotka i dodatkowy kilometr w nogach. Czas szybko leci, po 18 km i około 2 godzin docieram do pierwszego punktu kontrolnego. Jednym słowem WOW 🙂 Punkt kontrolny niczym osada za czasów Mieszka I, począwszy od strojów tutejszych sędziów biegu po ognisko i skóry dzika, tron, topory. Szkoda odchodzić, lecz w planie chciałem jak najwięcej kilometrów zrobić nocą.

Kolejny punkt to Rakoniewice, zapadł zmrok, odpaliłem czołówkę. Tę cześć trasy pokonywałem samotnie, wsłuchawszy się w muzykę, którą specjalnie przygotowałem na ten start. Punkt kontrolny był umiejscowiony w centrum miasta, na runku. Wbiegając można poczuć się wyjątkowo ze względu na to, że wszyscy zawodnicy rozciągnęli się na trasie. Przywitanie na punkcie i na wlocie do rynku, najadłem się, uzupełniłem izotonik i wyruszyłem w drogę. Następny punkt dość kluczowy dla mnie – Wolsztyn. Tutaj  czekał przepak i ciepły posiłek. Napierając tak przed siebie, dołączyłem do znajomych Hanny i Jana, z którymi już do samego Wolsztyna zmagaliśmy się z trasą. Na przepak dotarłem około 1.00 w nocy, był to 55 km. Można już odczuć lekkie zmęczenie. Punkt kontrolny, na którym odpocząłem około 30 minut, zjadłem. Zabrałem zapas żeli na noc  Był również pomysł, aby zmienić buty, ale szybko upadł i dobrze.

Tak więc w pełni nocy wyruszyłem samotnie na dalszą przeprawę wzdłuż jeziora wolsztyńskiego. Pokonując tak  11 km ciemnymi lasami, w oddali widzę migające światełko i ognisko 🙂  Docieram na punkt kontrolny. Usytuowany był na dzikiej plaży, szybki posiłek, uzupełnienie płynów i ruszam w dalszą drogę. Tutaj troszkę dało mi się we znaki zmęczenie, na tyle, że zgubiłem oznakowany szlak. Kolejne dodatkowe kilometry w nogach, na szczęście na tyle szybko się zorientowałem i zawróciłem, Jak się okazało, nie tylko ja się zgubiłem, dołączyłem do grupy “No Excuses Team” i wspólnie napieraliśmy przez noc.

Nad ranem troszkę się jednak rozproszyliśmy i do punktu w Miedzichowo dotarłem sam, Bardzo zmęczony, ale po wypiciu porannej kawy wróciła energia. Po 90 km w nogach można odczuć brak siły, taka kawa była ratunkiem. Radość, że za 16 km będzie Nowy Tomyśl, kolejny ważny punkt. Tutaj był kolejny przepak, który nadałem przy starcie, ciepły posiłek, idealny na śniadanie. Ruszyłem w drogę po drodze dołączyłem do kolegi Andrzeja, z którym kończyłem Łemkowyna Ultra Trail. Sporo powspominaliśmy, był o godzinne szybszy wtedy. Powtarzaliśmy sobie, że to co tam było, a to co tu jest – brak porównania.

Szybko zleciało, o 9 wbiegliśmy do Nowego Tomyśla. Najfajniejsze jest w tym wszystkim, że część trasy prowadziła wzdłuż targowiska, które odbywa się w sobotę. Spore zaskoczenie osób przyjeżdżających na targ, którzy widzą naszą trójkę z plecakami, nogami czarnymi od kurzu. Hmm, ciekawe zjawisko.

Wąskimi uliczkami docieramy do 110 km – Nowy Tomyśl. Śniadanie, zmiana skarpetek :), nasmarowanie maścią przeciwbólową nóg, które ból miałem prawo poczuć. Po około 30 minutach odpoczynku, ruszamy dalej z Andrzejem, drogą asfaltowa, patrząc na kierunkowskaz „Grudziądz Wielkopolski 17 km”. Uśmiech na twarzy, lecz nasza trasa ma jeszcze 51 km, a nie 17 km. Lecimy, słońce coraz wyżej, robi się ciepło. Zostałem troszkę z tyłu, brakowało sił, przyszedł kryzys dość spory, byłem przygotowany na to, wiedziałem, że to nastąpi. Kwestia czasu, myśli uciekają w każdą stronę. Zaczyna przeszkadzać wszystko od gałązki na trasie do muchy, która nadlatuje. Ma się ochotę usiąść i zakończyć to wszystko, kilka myśli – po co to wszystko. Pozbierałem się, idąc kilka kilometrów.

Dotarłem do Wąsowa. Meldując się na punkcie kontrolnym, podałem nazwisko. Podchodzi do mnie pewna osoba i się przedstawia i co słyszę :)? „Witam Jan Wieła”. Jakie moje zdziwienie w tym wszystkim? A takie, że wiem, iż moje nazwisko jest troszkę unikalne, a podczas rozmowy wyszło, że jesteśmy rodziną od strony mojego dziadka, którego jednak nie miałem okazji nigdy poznać. Świat jestem mały, byłem w szoku, a jednak 🙂 Kontakt zachowałem, energia wróciła. Do przodu ruszyłem z zapasem sił, dogonił mnie kolega Andrzej. Kryzys jednak wrócił. Walcząc ze słabościami na trasie, zostałem jednak z tyłu, byłem już słaby. Wiem, że Jędrek zadzwonił do mnie, co było miłe, przez chwilę ciężko mi było skojarzyć fakty. Docieram do punktu Porażyn. Nawet temperatura mnie już troszkę wprowadzała w dyskomfort psychiczny

 Wracając do Punktu Nowy Tomyśl, o 12 miał wystartować z niego kolega z GB Sieradz Biega – Marcin. Jego dystans to 55 km. Wyszło na to, że właśnie w Porażynie spotkaliśmy się. Dogonił mnie. Czułem się już naprawdę fatalnie. Marcin postanowił zostać ze mną i wspierać do końca, za co mu bardzo dziękuje. Złapałem na tyle siły, że udało się pokonywać kolejne kilometry. Stało się przedostatni punkt, na który czekałem z utęsknieniem 🙂 Dd niego do mety dzieliło nas 17 km 🙂 Odpoczynek, zebranie sił i w drogę. Ten odcinek dał jednak również w kość. Pagórkowate tereny, piaskowe ścieżki i około 4 km przed metą burza z ulewą.  Hmm, czego chcieć więcej, ale chyba właśnie ta burza dodała mi energii. Deszcz. Potrzebowałem go bardzo, powietrze się zmieniło, dołączyliśmy do zawodniczki Karoliny i wspólnie już truchtając w kierunku mety cieszyliśmy się z ukończenia.

Stało się po 25 godzinach i 12 minutach. Przekraczam metę w tempie 4:00  🙂 Tak da się, mamy niezliczone pokłady energii. Ciężko jest opisać to, co się doświadcza podczas takiego biegu, nie jest to popularna dyszka, nie jest to maraton. To jest coś więcej niż tylko bieganie. Chyba dlatego zdecydowałem się na tę dyscyplinę 🙂

Co mogę powiedzieć o samym przygotowaniu? Wydaje mi się że podszedłem do tego profesjonalnie. Począwszy od tapingu mięśniowego na łydkach, wizyty u fizjoterapeuty, gospodarowania minerałami w organizmie, poprzez preparat Hydrosalt firmy Ale. Używając co 45 minut tabletki, zapobiegałem odwodnieniu. Zapomniałem, co to skurcze, z którymi zawsze miałem problem. Również  właściwie dobrany sprzęt – wystartowałem w dość ciekawym modelu butów, jakim jest producent Hoka. Buty przystosowane do ultradystansów. Maksymalna amortyzacja, ma spory komfort.

Bieg dał mi niesamowita pewność, zwłaszcza kiedy w głowie mam coraz częściej magiczną liczbę 200 km 🙂 Jednak aktualnie poświecę się przygotowaniu pod ważniejszy start TDS podczas UTMB. Na pewno będzie kilka ciekawych relacji z długich wybiegań 🙂

Mario Wieła

Grupa Biegowa “Sieradz biega”

Powiązane Posty