III Pabianicki Półmaraton ZHP – błoto i pierwsze pudło w karierze

 

Co może być gorsze od błotnistych 5 km w przedostatnim biegu w ramach GP Łodzi 2013? Sześć kilometrów plus jeden na półmaratonie w Pabianicach.

Dobrze, że zdecydowałem się odczekać aż dwa dni z napisaniem relacji z niedzielnego biegu w Pabianicach. W chwili, gdy przekraczałem linię mety, w głowie miałem jedynie potok inwektyw pod adresem organizatorów, które chciałem czym prędzej umieścić na blogu w mojej tyradzie skierowanej przeciwko wszystkim półmaratonom w Pabianicach aż do samego końca świata. Gdzieś tam, po biegu, padła nawet publiczna deklaracja – “Pabianice, no more!“. Dzisiaj, na zimno wrażenia mam już całkiem odmienne.

No ale po kolei. Bieg w Pabianicach miał być moim ostatnim dłuższym akcentem przed Maratonem DOZ w Łodzi. Rozmawiałem z paroma osobami czy w ogóle warto to robić – jedni odradzali 21 km ciągłego biegu na siedem dni przed jednym z głównych celów w tym roku, inni, a wśród nich osoba, która ma bardzo większościowy pakiet akcji (jakieś 90 proc.) wpływu na moje decyzje biegowe, czyli mój trener, sugerowali, by potraktować to zupełnie treningowo. Tak też zrobiłem.

Wytyczne były jasne: pobiec 5 km rozgrzewkowo, następnie 10 km się pościgać, a następnie ostatnie kilometry potraktować znów ulgowo. Taki plan obowiązywał przez dwa tygodnie do mniej więcej dwóch dni przed Pabianicami. Wtedy dopiero przeczytałem na Facebooku, że trasa uległa zmianie i część z niej będzie przebiegać w trudniejszych warunkach. Te nieco trudniejsze warunki podparte były opiniami osób, które zdecydowały się sprawdzić trasę dzień przed imprezą – wątpliwości co do możliwości uzyskania przez nią atestu i inne komentarze nie napawały optymizmem. Krótka konsultacja mailowa z trenerem zaowocowała decyzją o zmianie strategii – całość miałem przebiec w tempie 5-4:50 min/km z założeniem, że na najbardziej błotnistych, niepewnych fragmentach będę zwalniał do marszu. To ostatnie było oczywiście nierealne, ale byłem szalenie ciekaw czy uda mi się kontrolować swój bieg i powstrzymywać od chęci ścigania innych. Ten bieg miał być dla mnie testem własnego charakteru, walką emocji z rozumem – miałem świadomość, że zbyt intensywny wysiłek może zepsuć coś, nad czym mocno pracowałem ostatnie 4 miesiące.

Parę dni przed biegiem dowiedziałem się jeszcze o jednej rzeczy. Wspólnie z Krzyśkiem Pietrzykiem, Przemkiem Stupnowiczem i Michałem Godlewskim zostaliśmy wybrani do reprezentowania w Pabianicach drużyny Biegam Po Łodzi. W takich okolicznościach i w takim składzie nie miałem innego wyjścia – musiałem pobiec.

Na starcie organizatorzy robili wszystko by dodać zawodnikom otuchy. Zapewniali ze sceny, że najbardziej błotniste miejsca przez kilka dni utwardzał ciężki sprzęt i że nawet pracował on przez całą poprzedzającą zawody noc. Że pewnie między 8 a 14 km może być trochę ciężej, ale źle nie jest. W skrócie, serca rosły.

Sam bieg, jak to bieg, dość szybko minął. Po pierwszym kilometrze mój Ambit pokazał tempo 4:30 – musiałem zwolnić. Bolało, gdy inni mnie wyprzedzali, no ale trudno, maraton ważniejszy. Przez pierwszy odcinek biegło się świetnie, po asfalcie, słoneczko przygrzewało tak, że mimo 2 stopni na plusie musiałem podciągnąć rękawy. Świat należał do mnie, przynajmniej do czasu gdy wbiegliśmy na drogę szutrową około 8 km. Już pierwsze kroki na tym odcinku rozwiewały nadzieje co do lepszego stanu trasy (nie chcę myśleć jak ta droga mogła wyglądać PRZED wspomnianym ciężkim sprzętem). Mieszanka błota z topniejącym śniegiem, głębokie kałuże, które w sumie przestawały już przeszkadzać po drugim w nie wdepnięciu. Najgorsze, że rozlane były często prawie na całą szerokość drogi więc próba minięcia mogła grozić… zderzeniem z biegnącym w przeciwnym kierunku zawodnikiem. I to chyba był największy minus półmaratonu w Pabianicach. Nawrotka na drodze o szerokości dwóch metrów i puszczenie nią biegu w dwóch kierunkach to zdecydowanie kiepski pomysł.

Na 14 kilometrze już nic mnie nie denerwowało. Przebiegłem błotny odcinek i wiedziałem, że reszta trasy będzie już przyjemna – powrót tą samą trasą po suchym asfalcie. I tu znowu pomyłka, ale tym razem moja. Rada dla współbiegaczy: zerkajcie zawsze na mapkę biegu. Bardzo mnie zdziwiło, że zamiast skręcić w drogę, z której przybiegliśmy, wszyscy kierowali się prosto. Jeszcze większe zdziwienie, gdy na przedostatnim kilometrze zobaczyłem, że przed znami znów błotna droga. A apogeum zdenerwowania osiągnąłem, gdy zamiast biec gęsiego postanowiłem wyprzedzać innych i przebiec przez kałużę, która okazała się być wyrwą w drodze głęboką do połowy łydki. To był moment, w którym faktycznie mogłem doznać kontuzji, ale na szczęście tak się nie stało. Do mety dobiegłem jak każdy: brudny, zmęczony i bardzo wkurzony.

Czas, jaki osiągnąłem, to 1:40:56 netto (1:41:02 brutto), tempo właściwe dla założeń przedstartowych: 4:49 min/km. Miejsce zająłem 95. w kat. open i 35. w swojej kategorii. Wstydu nie było, jak na treningowy bieg. Doskonale za to wypadli pozostali członkowie drużyny BiegampoŁodzi.pl, gratulacje panowie (Przemku – świetny czas):

Krzysiek Pietrzyk 1:12:55

Przemek Stupnowicz 1:31:48

Michał Godlewski 1:34:08

Zmęczony po biegu poszedłem na przesmaczną wyżerkę (czekałem na nią cały bieg, echa poprzednich imprez dochodziły mnie takie, że przepyszne jedzenie podawane jest na mecie – faktycznie, harcerze spisali się na medal) i ciągle wkurzony na organizację wróciłem do domu.

Dopiero tam dowiedziałem się, że nasza drużyna zajęła drugie miejsce (ha! można powiedzieć pierwsze moje podium w karierze biegowej), a ostudzone emocje i analiza biegu zaczęły wywoływać zupełnie inny odbiór całej imprezy, która była naprawdę dobrze zorganizowana. Nie wiem co było powodem zmiany trasy i dlaczego nie zdecydowano się, by wiodła drogą asfaltową, ale to błoto stanowiło istotną dodatkową przeszkodę w biegu, a cóż może być piękniejszego w tym sporcie jeżeli nie zmaganie się własnie z trudnościami? Dlatego gratulacje należą się każdemu, kto go ukończył – z przyjemnością jeszcze przed wyżerką stanąłem na kilkanaście minut w tłumie żeby dopingować dobiegających zawodników. Każdy z nich na nie zasłużył po tej mordędze.

 

Marek prowadzi biegowego bloga: www.planetabiegacza.pl, gdzie obok relacji z wydarzeń biegowych będzie pisał co nieco o treningach, recenzował sprzęt i służył poradą równie niedoświadczonym biegaczom jak on. Bardzo gadatliwy jest też na Facebooku i zaprasza tam wszystkich, którzy tak jak on zatracili się w bieganiu.

 

 

Powiązane Posty