Boli

Pierwsza prawdziwie zimowa odsłona GP –super, tylko sorry nie o tym będzie ten wpis. Wczoraj rano przed zawodami, już tak trochę na przedstartowym haju, wyszłam z Muchą na siku. Za domem ślicznie, biały jeszcze dziewiczy śnieg, równiutki jak stół. Mucha jak dziczek, ryje tą pierzynkę w poszukiwaniu patyczka. W tym momencie przypominam sobie, że pod tą piękną białą scenerią jest chodnik z bardzo wysokim krawężnikiem i zamarznięta kałuża. Przypominam to sobie w fazie tzw. lotu. Śnieg był na tyle puszysty, że nie zamortyzował upadku. Całą długością swojego ciała, zaliczyłam ten krawężnik. I co się dzieje, ból ogromny, lewa noga w pozycji bardzo mało naturalnej, a ja myślę tylko o jednym, że przepadło, wszystkie wiosenne i letnie starty przepadły. Nie ruszam się profilaktycznie bo boli przeraźliwie, i dalej myślę – przepadło. W sumie to nic mi się nie stało, po dwóch godzinach wystartowałam w GP. Dziś mam prawie całą lewą nogę w siniakach (z wyjątkiem kolana – dziwne) i stukam w klawiaturę, tylko prawą ręką bo lewa boli, ale nie spuchła. Najważniejsze, wszystkie kości i wiązadła są na swoim miejscu i żadne starty nie przepadły. Tylko co z głową? Czy to jest normalny, przy urazie, tok myślenia?  Przecież widzę jak po huratrenigach DOZU ludzie padają jak muchy, mam świadomość że zbytnia ekscytacja może na zawodach wytrzymałościowych skończyć się tragedią. I mimo tego w stanie totalnego „obicia” poszłam się wczoraj ścigać. Na dodatek przed startem, na szczęście nieskutecznie, prosiłam organizatora o proszki przeciwbólowe. Czy to w ogóle jest możliwe by biegaczowi amatorowi w trakcie wykonywania jakiegoś planu, do jakiegoś tam celu, przemówić do rozsądku, gdy zachodzą jakieś tam niesprzyjające okoliczności? Dziś mam wolne, ale jutro planowany lekki trening i brzuszki. Trening zrobię na jednej nodze i brzuszki tylko prawą stroną – to jest chore.

Powiązane Posty