Ułańska szarża i aptekarska precyzja

Próbuję się jeszcze raz zerwać do finiszu. Udaje się przyśpieszyć na kilkanaście sekund, ale zaraz mnie stawia do pionu, tym bardziej że dobieg do Areny znowu jest pod górę. Wpadam na otoczoną barierami agrafkę, znowu kilka osób wyprzedzam. Czy mi się wydaje, czy widzę znaczek 42 km? Ogólnie widzę już wszystko rozmyte, ale rzucam okiem na stoper. Jeśli tak, to na 195 metrów zostało mi niecałe 40 sekund. Zakręt, dolny poziom Areny, skok w ciemność, rozpaczliwy sprint po czerwonym dywanie. Jeszcze mam siłę tylko spojrzeć na stoper i padam na glebę.

(fot. fotomaraton.pl)

W zeszłym roku według czasu z połówki miałem papiery na co najmniej 3h35, ale w aż taki dobry wynik nie wierzyłem. Myślałem, że zaczynam wystarczająco ostrożnie, po pierwszej, trudniejszej połówce miałem 1h49:30. Łagiewniki zadziałały jednak jak bomba z opóźnionym zapłonem. Od 25 km zacząłem stopniowo po trochu tracić i skończyło się na 3h42:09 po walce do końca.

Teraz byłem w gorszej formie, ale mądrzejszy o ten jeden maraton, no i trasa łatwiejsza. Plan minimum zakładał więc życiówkę – pierwsze 10k z zającami na 3h45 po 5:20 i dalej po 5:15 do końca. Wariant optymistyczny to przyśpieszenie po 20k do 5:10 i końcówka ile fabryka dała z atakiem na 3h40.

Nie było takich górek jak rok temu, ale był stawiający do pionu wmordewind. Na półmetku miałem 12 sek. straty do optymistycznej rozpiski. Na zachód Maratońskiej pod wiatr i więcej czasu w plecy, do 30k z wiatrem to nadrobiłem. Dalej znowu straty przez wiatr i zmęczenie. Na 39k prawie 40 sek. w dupę do planu na 3h40, który zakładał 5:10 do 40k i ostatnie kaemy w 5:00 i 4:55. Tu uruchomiłem rezerwy szybkości i leciałem zrywami gdzie wiatr pozwalał. Kilometr przed metą uratowali mi wynik swoim dopingiem Michał i Szymon na rowerach. Wariacki sprint na wbiegu do Areny i czerwonym dywanie dał mi z aptekarską precyzją czas 3h40:00. Dokładną relację można przeczytać tu (na 2 stronie), a było dramatycznie:

http://www.festiwalbiegowy.pl/biegajacy-swiat/doz-lodz-maraton-z-pzu-ozlocona-m-stefanowicz-foto#.VTq_M5Mlppn

Ostatnie ponad 3 km musiałem zrobić na totalnym wykończeniu po ok. 4:45. Tu mój pomiar ze stopera się zgadza z oficjalnymi międzyczasami od 38.8k do mety. Pozwolił mi na to chyba wrodzony zapas szybkości, który brałem pod uwagę ustalając taktykę. Czasy poszczególnych piątek (zakładane i rzeczywiste) miałem w przybliżeniu następujące:

5k      26:40 26:35

10k    26:40 26:35 (nadróbka zajęcy, dlatego zostałem z nimi do 14k)

15k    26:15 26:25

20k    26:15 26:25 (częściowo pod wiatr)

25k    25:50 25:55 (częściowo pod wiatr)

30k    25:50 25:35 (pod wiatr, potem z wiatrem)

35k    25:50 26:10 (częściowo pod wiatr i zmęczenie)

40k    25:50 25:50 (na 39k prawie 40 sek. straty, na 40k zacząłem szarżę)

42.2k 10:50 10:30 (finisz w trupa)

Czyli dobrze oceniłem swoje aktualne możliwości, a żelazne trzymanie się taktyki niedoczasu (wszyscy mówią negative split, choć podobno Polacy nie gęsi) dało oczekiwany wynik. Toczą się spory, czy taka taktyka jest dobra dla każdego. Mam takich kumpli, zresztą bardziej doświadczonych i szybciej biegających ode mnie, którzy wyskakują ostro od początku bo uważają, że “potem nie dadzą rady nadrobić”. Zaczyna taki tempem np. na 3h15 i kończy ledwo poniżej 3h30 znacznie poniżej swoich możliwości. Wg nich jakby zaczęli wolno “to by się tak samo zmęczyli, bo wolne tempo ich tak samo męczy” i później by i tak nie nadrobili. Uważają, że jak są dobrze przygotowani szybkościowo a brakuje im wytrzymałości, to tak właśnie powinni biegać. Trudno mi uwierzyć, że biegnąc pierwsze 15k po 4:45 albo 4:30 można się zmęczyć tak samo.

Może przemówi do nich takie porównanie mojego znajomego z pewnego biegowego forum:

“Wykorzystanie swojej mocnej strony na początku będzie jak wystawienie gołej dupy, na końcu bankowo po niej dostanie bo im szybciej zacznie tym szybciej mu zabraknie – nie może być inaczej.”

* * * * *

No to najdłuższe wybieganie przed Rzeźnikiem Ultra mam za sobą. Była mała wojna, tak jak myślałem. Maj tradycyjnie miesiącem szybkości – walka z piątką i dychą – a potem bieszczadzka masakra skomputeryzowanym młotem(*) na 135k.

Pozdro!

Kamil

(*) Naprawdę istnieje takie narzędzie – wyguglajcie sobie.

Powiązane Posty