Łódź Maraton Dbam o Zdrowie – mój pierwszy maraton

Chwilę zajęło mi zabranie się za napisanie tej relacji. Po ukończeniu biegu bardzo dobrze mi się spało. Najpierw dwugodzinna drzemka po dotarciu do domu, później zabawa z dziećmi i kiedy zabrałem się za stworzenie tego tekstu, zacząłem zasypiać nad klawiaturą. Stwierdziłem, że odczekam więc dzień i przekonam się, czy to nie był sen…

Bo wszystko tak właśnie wyglądało – masa znajomych kibiców na trasie, żona kibicująca w paru miejscach, przebiegnięcie linii mety z moją córką i wreszcie – złamanie trzech i pół godziny w maratonie. Jak we śnie.

Dopiero teraz czuję, że faktycznie przebiegłem maraton i dowodem na to jest nie tylko ból w nogach, który czuję dzień po nim. Pierwsze dwa biegi na królewskim dystansie nie były wielkim powodem do dumy. Łódź rok temu, w trakcie której parę razy przeszedłem do marszu i bieg zakończyłem z czasem 4h13m. No i wrześniowy Poznań, gdzie mocno zadufany w sobie stwierdziłem, że pokonam go bez problemu, bez wielkich przygotowań, a który zakończyłem ośmiokilometrowym spacerem wymuszonym skurczami w nogach (mój czas na maratonie poznańskim wyniósł 4 godziny 36 minut).

Judgement day

Niedziela 14 kwietnia była swoistym dniem sądu – sprawdzianem tego, co wypracowywałem przez ostatnich kilka miesięcy. O przygotowaniach pisałem wcześniej – czytelnicy tego bloga i znajomi obserwujący moje biegowe zmagania m.in. na Facebooku wiedzą, że głównym celem gdy zaczynałem przygotowania, było złamanie w maratonie 4 godzin. Dopiero 2 miesiące temu, patrząc na wyniki, wspólnie z moim trenerem zweryfikowaliśmy plany, by wycisnąć z tego treningu jak najwięcej i jak najwięcej minut urwać z czterech godzin. Przyznam, że efekt był bliski oczekiwaniom, choć nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że ambicja każe walczyć dalej, o jeszcze lepsze wyniki.

Wczorajszy dzień rozpocząłem o 6 rano. Nie sprostałem śniadaniu zaleconemu przez mojego trenera, a które opisywałem w poprzednim wpisie. Ograniczyłem się do dwóch kanapek z dżemem, jajka na miękko, płatków śniadaniowych na sucho popijanych sokiem, słodkiej herbaty (zazwyczaj pijam gorzką) i mocnej kawy. Wsunąłem wszystko w jakieś półtorej godziny, co wcale nie było łatwe, bo jakiś tam stres przedstartowy był.

Przed startem wiedziałem, że czwórka powinna pęknąć bez problemu. Ba, pojawiły się sugestie ze strony Roberta (trenera), by spróbować powalczyć o 3:15. Ponieważ nie było pacemakera na ten czas, postanowiłem wystartować z grupą na 3h (kolejną była 3:30) – wiedziałem, że jeśli nie dam rady zrobić 3:15, to przynajmniej będę starał się uciekać goniącej mnie grupie. Udało się.

Plan był dość prosty: lecieć pierwszą połówkę maratonu z czasem 4’40″/km, a drugą przyspieszyć maksymalnie do 4’35”. Przed biegiem wydawało się to bardzo realne, maraton jednak szybko to zweryfikował – do 29 km leciałem według planu, później każdy kilometr niestety powyżej 5 min. Złożyło się na to wiele czynników, o których w dalszej części.

Wystartowałem w bardzo miłym towarzystwie Miłosza z Justynowa, którego poznałem na niecałą minutę przed biegiem. Dzień wcześniej dowiedziałem się, że mierzy w podobny czas, zgadaliśmy się telefonicznie, ale spotkaliśmy dopiero na linii startowej chwilę przed strzałem startera. Towarzystwo było na tyle miłe, że dobre 15 km prawie cały czas rozmawialiśmy (utrzymując średnie tempo 4’35”). Tak, jeśli czyta to mój trener, to mi pewnie zmyje głowę, bo uprzedzał, by nie marnować energii na rozmowy – ale tak jakoś wyszło, że mieliśmy sporo wspólnych tematów. Po 15 km zgodnie stwierdziliśmy, że ograniczamy rozmowy.

Biegło mi się świetnie do mniej więcej 23 km i nawrotki na ul. Piłsudskiego. Tam, biegnąc na nieosłoniętym terenie, wzdłuż prostej drogi już w stronę Atlas Areny pojawił się dość mocny wiatr, na który z tego co wiem nie tylko ja narzekałem. Na szczęście, już na tym etapie pojawił się przy mnie na rowerze Robert, który ze swoimi radami towarzyszył mi aż do samej mety. A rad tych było wiele i większość z nich zapamiętam na kolejne występy maratońskie:

  • biegnij tuż za tym typem, będzie osłaniał cię od wiatru
  • wyprzedzi cię za chwilę gość, ale się nie przejmuj, on rwie tempo i dogonisz go za dwa kilometry
  • łapią cię krótkie skurcze w udach? Podciągaj wyżej pięty, przeszło? OK
  • zmień sylwetkę: pochyl się i wydłuż krok, biegniesz z górki
  • kolana wyrzucaj przed siebie, tak jakbyś „kopał” piłkę kolanem przed sobą
  • widzisz gościa w białej czapeczce daleko przed sobą? to twój kolejny cel, przyspiesz. Nie ma „nie mogę”
  • to nie są skurcze, to mikrourazy, które są efektem długiego biegu po asfalcie

I tak dalej, i tak dalej. Tym razem, dzięki dobremu treningowi od Roberta nie trafiłem na ścianę w swojej głowie – pierwszy raz biegłem od początku do końca maratonu. Nie miałem najmniejszej ochoty się zatrzymać, by przejść w marsz. Przyspieszać też nie, ale to już inny temat – Robert potrafił mnie do tego co jakiś czas zmotywować. I to dzięki niemu, zarówno w sferze przygotowań jak i realizacji, dobiegłem do mety z czasem 3:27:11

Organizacja i kibice

Był też ten drugi czynnik, którego po doświadczeniu z poprzedniego maratonu naprawdę się obawiałem – kibice. Z biegu w 2012 r. pamiętam jak zawsze aktywną grupkę kibiców z Fundacji Krwinka, a oprócz nich parę rozstawionych wzdłuż trasy grup gimnazjalistów walczących o nagrodę za kibicowanie. W zeszłym roku wyglądało to bardzo ubogo i bałem się, że podobnie będzie i teraz. Niepotrzebnie.

Obok około 10 różnych grup grających na bębnach wzdłuż trasy, kibiców było naprawdę wielu. Wiele grup dzieciaków poprzebieranych i śpiewających specjalnie przygotowane na tę okazję piosenki. Byli księża z Łagiewnik podający wodę z tamtejszego źródła. Byli wreszcie znajomi, bez których ten bieg nie byłby tak cudowny. Wszystkim imiennie podziękuję zaraz na Facebooku linkując do tego tekstu. A na koniec, choć wcale nie najmniej ważni, byli pozostali biegacze. Pewnie się powtórzę pisząc, że wspanialszej społeczności po prostu nie ma – najważniejsza rywalizacja jaką wśród nich obserwuję to walka z samym sobą i żadna inna grupa społeczna nie potrafi tak cieszyć się z sukcesów współuczestników. To te najmniejsze gesty na trasie – machnięcie ręką przez biegnącą daleko przede mną najlepszą łodziankę Monikę Kaczmarek, czy doping od biegnących za mną mojego brata, Tomka z Szakali Bałut i pozostałych, potrafią naprawdę dodać skrzydeł. Umiejętność cieszenia się z osiągnięć innych – to największa lekcja, jaką odbieram po każdym zorganizowanym biegu.

I wreszcie meta, a wraz z nią moment – dosłownie parę sekund – dla których opłacało się biec te 42 km. Na mecie witała mnie rodzina i znajomi. Kiedy wbiegałem do Atlas Areny, a przede mną było dosłownie 80 metrów do mety, zwolniłem, by spełnić obietnicę daną córce rok temu w tym samym miejscu. Ciężko było dostosować wzrok po wbiegnięciu z dworu do ciemnego pomieszczenia, ale dość szybko udało mi się zlokalizować moją Idę podawaną mi przez barierki. Tak jak piszę, to było zaledwie parę sekund, które pokazało mi, że dla takich chwil warto tak bardzo się męczyć.

Co do samej organizacji Maratonu nie mam specjalnych uwag. No, może poza jedną, ale nie jestem w stanie ustalić, czy jest ona właściwa. Biegnąc z Miłoszem, do 24 km nie natrafiliśmy na żaden punkt żywieniowy. Piłem na każdym punkcie, natomiast pierwszy owoc jaki złapałem był właśnie w okolicach Galerii Łódzkiej. Mam nadzieję, że czytają to również uczestnicy Maratonu DOZ i będą w stanie potwierdzić lub zaprzeczyć temu, o czym piszę. Być może za bardzo zagadałem się z kompanem mojego biegu, że punkty żywieniowe uciekły mojej uwadze. Jeżeli jednak moje spostrzeżenie jest słuszne, to uważam to za wielką wtopę organizacyjną. Rok wcześniej takie punkty były rozstawione niemal co 5 km, wczoraj, jak piszę, natrafiłem na nie bardzo późno. Na szczęście miałem zapas żeli ze sobą, ale wiem, że niektórzy ich ilość dostosowali do ilości spodziewanych punktów z owocami.

Podsumowując te subiektywne wynurzenia, zrobiłem niemały postęp od poprzedniego roku. Trening rozpocząłem w listopadzie, ale miałem miesięczną przerwę od biegania spowodowaną zapaleniem płuc w grudniu. Przez ten czas poprawiłem wszystkie swoje wyniki. Pięciokilometrowy dystans pokonuję w 20’30” w porównaniu z ponad 23 minutami w poprzednim sezonie. Półmaraton poprawiłem o ponad 15 minut osiągając rezultat 1h30m na Półmaratonie Warszawskim. I wreszcie Maraton, który pokonałem o 45 minut szybciej niż w debiucie rok temu (ten poznański naprawdę chcę odstawić w zapomnienie).

Wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy dzielą ze mną tę biegową pasję i mieli okazję ją realizować w trakcie łódzkiego maratonu – wielkie gratulacje. Przede mną trzy dni bezbiegowej regeneracji, w środę czekają mnie badania wydolnościowe i wracam do treningu od czwartku – we wrześniu w Berlinie warto byłoby poprawić osiągnięty wczoraj wynik.

I jeszcze, na zakończenie połechcę się słowami Jerzego Skarżyńskiego z książki „Maraton i ultramaratony”:

W dużych maratonach poziom <3:30 osiągany jest przez kilkanaście procent startujących (w 2010 roku w Berlinie 18,6 proc., w Poznaniu 14,6 proc., a w Warszawie 14,4 proc., tylko w Londynie 2011 ledwie 11,5 proc.), czyli zarezerwowany jest dla szpicy masowego maratonu.

Najwyraźniej od wczoraj jestem w szpicy 🙂

 

Marek prowadzi biegowego bloga: www.planetabiegacza.pl, gdzie obok relacji z wydarzeń biegowych będzie pisał co nieco o treningach, recenzował sprzęt i służył poradą równie niedoświadczonym biegaczom jak on. Bardzo gadatliwy jest też na Facebooku i zaprasza tam wszystkich, którzy tak jak on zatracili się w bieganiu.

Powiązane Posty