1 + 1 > 2, czyli Bieg Rzeźnika 2014

12 stycznia, 15:12. Limit zapisów został wyczerpany – zaszczekał ekran komputera po czwartej albo piątej próbie rejestracji naszej drużyny Biegiem po Piwo 2. Od rozpoczęcia zapisów minęło 12 minut. Wiele drużyn zapisało się po kilka razy, rekordziści doszli chyba do czterech. Wśród szczęśliwców znaleźli się Michał i Kamil (Biegiem po Piwo 1) oraz Asia z Darkiem (DJ Lodz). Po uporządkowaniu listy ogłoszono dogrywkę. Wpisaliśmy się jako jedna z około 400 drużyn na 50 wolnych miejsc. Za kilka dni miało dojść do losowania.

20 stycznia, 23:03. Telefon Krzyśka nie odpowiada. Lecimy Rzeźnika!!! – wysyłam mu smsa. To niebywałe, ale bomba!?! – po kilkunastu minutach przychodzi odpowiedź.

* * * * *

19 czerwca, 20:00. To jak, idziemy zapłacić za marzenia? – pyta mój partner po odprawie. Hmm, czemu nie… – odpowiadam po chwili wahania. Chodzi o 20 zł dopłaty do możliwości ukończenia wariantu hardcore, czyli dodatkowych ponad 20 km szlaku do Wołosatego. W poprzednich latach mogły to zrobić wszystkie drużyny, które meldowały się na mecie poniżej 12 godzin. Teraz przez logistyczne trudności związane ze zwiększoną liczbą startujących wymaga to uprzedniej deklaracji. Szczerze wątpimy w osiągnięcie takiego czasu, ale a nuż gdyby… wolimy nie pozbawiać się tej szansy.

Kilka godzin wcześniej przyjechaliśmy do Cisnej, rozbiliśmy namiot i zalogowaliśmy się w biurze zawodów. Michał, Kamil, Asia i Darek przybyli już wcześniej. Po załatwieniu dopłaty idziemy obejrzeć pierwszą połowę meczu Anglia-Urugwaj do stojącego niedaleko kampera z telewizorem. W ekipie naszych gospodarzy od razu rozpoznaję psakomandosa Eto. Dopiero po chwili kojarzę jego pana Filipa, który już chyba się pogodził z tym, że dzielny psin zyskał w biegowym światku status celebryty i jest lepiej rozpoznawalny z twarzy od niego. Obu zacnych napieraczy miałem przyjemność spotkać na zeszłorocznym Chudym Wawrzyńcu. Są jeszcze inne rozpoznawalne postacie – Darek, szykujący się do Badwater, oraz Marcin, znany dziennikarz sportowy. Całej ekipie niniejszym jeszcze raz serdecznie dziękujemy za możliwość obejrzenia meczu. Po pierwszej połowie udajemy się złapać chociaż te trzy godziny snu. Krzysiek wstanie jeszcze za potrzebą i przy okazji obejrzy końcówkę.

20 czerwca, 3:30. Czytałem już dziesiątki opisów startu Rzeźnika, więc tylko potwierdzę, że bębny w Komańczy w środku nocy, wystrzał ze strzelby i setki czołówek ruszających na trasę tworzą niesamowity klimat. Truchtamy asfaltową, potem szutrową drogą. Wkrótce się rozjaśnia i można wyłączyć latarki. Siąpiąca od startu mżawka zmienia się w porządny deszcz. Błota na szlaku i wody w potokach jest jednak póki co na tyle niewiele, że okolice Jeziorek Duszatyńskich przebywamy suchą nogą. Pierwsze większe podejście na Chryszczatą idzie szybko i wkrótce spadamy na Żebraka. Nie trzeba żebrać o napoje, których jest pod dostatkiem. Czas trochę powyżej 2h20, więc gdyby walczyć o 12 godzin to jest na styk. Tu pierwszy raz spotykamy Grześka z Robertem (Łódź Running Team). Przegryzamy batony, popijamy i ruszamy na drugi etap.

Na grani Wołosania klimaty jak na Wawrzyńcu, czy u inszego Tolkiena. Stromo opadające zbocza tonące we mgle po obu stronach, woda spadająca z nieba i z drzew. Kilka z tych drzew leży zresztą w poprzek ścieżki. Grzbiet urywa się nagle i zmusza nas do spadnięcia błotnistą ścianką wzdłuż słupów wyciągu narciarskiego. Tu nasze Icebugi pokazują co są warte, a może co potrafią ich właściciele. Towarzystwo powoli zsuwa się w dół, przytrzymując się pazurami i zębami czego się da, a ja drobnymi, szybkimi kroczkami lecę na krechę. Już z dołu obserwuję, jak Krzysiek robi to samo. Przelatujemy obok Bacówki pod Honem wśród wspaniałego dopingu kibiców. Na asfaltowej drodze do Cisnej trochę zwalniamy, posilając się batonami i żelami. Na dobiegu do punktu gra Pogotowie Energetyczne. Nazwa kapeli jak najbardziej na miejscu. Dorota z Markiem stoją przy drodze i zagrzewają nas do walki. Zostawiamy im już niepotrzebne czołówki. Na przepaku marudzimy trochę za długo, obżerając się czekoladą, chociaż zgodnie z planem nie zmieniamy nic z ubrań, bierzemy tylko kijki. Dolewam wody w bukłaku do pełna. Czas na wylocie nieco poniżej 4h40, czyli 10 do 25 minut wolniej od wszystkich zeszłorocznych ekip lecących na okolice 12 godzin.

Powrót do torów ciuchci, kawałek wzdłuż nich. Czy to tu przy wejściu na stok gra kontrabasista we fraku? Mogę się mylić, bo z innych relacji wynika, że grał on na wyjściu z następnego przepaku w Smereku. A może ów muzyk ma zdolność bilokacji? Przy całym surrealizmie tego widoku nie jest to wykluczone. Tu czy tam, dzięki za muzyczne wsparcie!

Tracę chwilę na ustawienie długości kijków, ale to wystarczy, żeby Krzysiek mocno odskoczył na podejściu. Już wcześniej widziałem, że jest mocny pod górę, ale dopiero z kijkami pokazuje, na co go stać. Jego treningi nordic walking połączone z bieganiem nie poszły na marne. Na szczęście sam też słaby nie jestem i wkrótce doganiam go na tyle, by trzymać go w zasięgu wzroku przez resztę długiego podejścia na pierwszy garb. Do Jasła jednak jeszcze daleko. Po krótkich zbiegach wyrastają kolejne dłuższe hopki.

Małe Jasło, Jasło, graniczny Okrąglik, Fereczata. Na przemian las i łąki. Gdzieś tu doganiamy Roberta i Grześka, którzy musieli wcześniej od nas się uwinąć na przepaku. Tak jak wcześniej, Krzysiek odskakuje na kilkadziesiąt metrów na podejściach, a ja przeganiam go na zbiegach. Lecimy w ten sposób na wahadło, nie musząc czekać na siebie nawzajem i nadrabiając cenne minuty. Dzięki niemu zmuszam się do mocniejszego napierania pod górę, niż by mi się chciało samemu, mając w perspektywie jeszcze 40 km i obie połoniny. Na zbiegach z kolei widzę, że pędzący za mną partner wybiega daleko poza swoją strefę komfortu. Sam zbiegam na lekkim hamulcu, nie chcąc powtórzyć błędu z BUT-a i sklepać czwórek, które będą jeszcze bardzo potrzebne na ostatnie dwa etapy.

Do ostatniej chwili przed zapisami nie byliśmy pewni, czy pobiegniemy Rzeźnika w takim składzie. Było nas czterech, z czego tylko ja znałem całą pozostałą trójkę. W końcu z różnych przyczyn zostaliśmy my dwaj. Krzysiek ma o wiele większe ode mnie doświadczenie biegowe, ale to jego debiut w ultra, no i pierwszy prawdziwy bieg górski w ogóle, więc nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Wcześniej sporo chodził po górach. Krótsze dystanse biegamy mniej więcej równo, nieraz się ze sobą ścigając i wygrywając na przemian, jednak w ogólnym rozrachunku ze wskazaniem na mojego partnera. Jedyne nasze wspólne “górskie” treningi robiliśmy na łagiewnickich pagórach. Ja też nie jestem specjalnie doświadczony, ale już kilka górskich startów zaliczyłem, w tym dwa ultra. W naszej drużynie nie ma lidera, ale równa współpraca doskonale działa, a Krzysiek okazuje się niezłym harpaganem. Po biegu zgodnie stwierdzimy, że żaden z nas solo by nie wykręcił takiego czasu, jaki nam się udało zrobić razem.

Na długim zbiegu z Fereczatej wyprzedzamy kilka par. Wypadamy na osławioną Drogę Mirka. Dopiero tu wychodzi z nas całe zmęczenie, które od pewnego czasu się nawarstwiało. Te 8 km szutrowej, a potem asfaltowej drogi pasuje do biegu górskiego jak pięść do nosa. Większość tu przynajmniej truchta, a my poruszamy się Gallowayem, chociaż jest lekko w dół. Krzysiek wykorzystuje swoją technikę nordic walking. Ja w marszu za nim nie nadążam i co chwilę podbiegam. Pod koniec mobilizuję go, żeby razem przebiec kilka dłuższych odcinków. Mimo to na tej pieprzonej drodze Mirka tracimy pewnie kilkanaście minut. Wśród szpaleru wspaniale dopingujących kibiców z ulgą wpadamy na przepak w Smereku. Czas na wejściu jakieś 8h10. 40 minut wolniej od najwolniejszych dwunastników z poprzedniej edycji.

Mądrzy ludzie mawiają, żeby na przepakach nie kiblować, tylko łapać żarcie i napierać. Nogi mam jednak na tyle zjechane, że po wlaniu w siebie kilku kubków wody, izo i koli łapię kanapkę (znakomitą!) i sadzam dupsko na glebie. Pewnie błąd taktyczny, ale opuszczamy przepak po około 15 minutach. Czuję, że prędzej nie jestem w stanie. Krzysiek chyba by dał radę wcześniej, ale mnie nie opieprza, tylko cierpliwie czeka. W worku mieliśmy znowu zero ciuchów, tylko energetyczne żarcie, kabanosy których nie wzięliśmy z racji bufetowych kanapek, no i do wyrzygu słodki Krzyśkowy patent z soku i coli.

Kanapki najwyraźniej zadziałały, bo jego dzień konia wciąż trwa. Od początku podejścia na Wetlińską niezmordowanie napiera do góry, a ja próbuję utrzymać się mu na ogonie. Wyprzedzamy kilka ekip. Jeszcze mamy szansę złamać 12! – woła do mnie z nową wiarą. Odpowiadam mu wiązanką, rypiąc za nim z wywieszonym ozorem.

Przed granicą lasu kleimy następną dużą grupę. Tempo Krzyśka jakby pomału siada. Pierwszy raz od dawna wychodzę przed niego na podejściu i daję mocną zmianę. Siłą rozpędu wyskakujemy przed peleton i żwawo ciśniemy na Smerek. Podejście się dłuży, za szczytem znowu góra-dół, połonina nie ma końca, ale wreszcie są piękne bieszczadzkie widoki. Oczekiwania mojego partnera w zderzeniu z niekończącą się rzeczywistością Wetlińskiej ulegają urealnieniu z 12 godzin na 13 i pół. To ona, a nie Caryńska jak w piosence, napsuła nam krwi. Poganiam go jak mogę i nadal więcej wyprzedzamy, niż nas wyprzedzają. Za Chatką Puchatka spadamy w dół, niesieni dopingiem turystów. Zbieg po schodach jest parszywy, ale ciśniemy na ile się da, napędzani coraz bliższym widokiem szosy w Berehach.

Czworogłowe mam już nieźle sklepane. Na ostatnim bufecie znowu muszę na 10 minut posadzić rzyć. Z perspektywy czasu wiem, że tym razem to nie był błąd taktyczny, bo dzięki temu spokojnie zyskaliśmy kilkanaście minut na ostatnim etapie. Chcę go przelecieć na lekko, więc nie tankuję wysuszonego już bukłaka, tylko na miejscu łykam izo, Tigera, hektolitr wody i przede wszystkim colę, zapijając już piątego dziś żela, n-tego batona i pół tabliczki gorzkiej czekolady. Tak jak w Smereku, tu też wisi w powietrzu wszechobecny smród spreju chłodzącego. Czas na wejściu 11h11, na wyjściu 11h22.

Krzysiek mi potem powie, że Caryńską zrobił już na ostatnich oparach. We mnie natomiast wstępuje nowe życie. Partner idzie za mną siłą woli, kiedy przesuwamy się w górę sznureczku zawodników. Gdzieś w połowie podejścia zagrzewa nas do walki gęsty szpaler turystów. Twardzi jesteście, ale nieźli z was powaleńcy! – krzyczy jakaś dziewczyna. Traktuję to jak największy komplement.

Wyjście ponad las, deja vu z Wetlińskiej, wejście na szczyt idzie szybko, teraz lekko w dół. Caryńska jest naprawdę krótka. 13 już nie złamiemy – mówię do Krzyśka – ale dajmy z siebie wszystko do końca! Na stromym skalistym zbiegu mam ochotę lecieć po swojemu na kamikadze, ale jesteśmy drużyną. Co z tego, że mógłbym tu przyśpieszyć, jak bez partnera i jego mocnych zmian pod górę w pierwszej części trasy dotarłbym do tego miejsca dużo później.

Czuję przyciąganie mety. Ten moment najbardziej lubię na górskich biegach. Turyści ustępują z drogi. Rzeźnia do końca! – mimo zmęczenia wołam do nich z bananem na gębie. Oglądam się za siebie i widzę, że Krzysiek mimo zmęczenia mocno ryzykuje na stromym zbiegu. Wpadamy w las i znowu zaczynają się schody, jeszcze stromsze od tych z Wetlińskiej. Łapiąc się poręczy i pomagając sobie kijami, zostawiamy w tyle coraz więcej zespołów. Koniec schodów, zbieg łagodnieje, jacyś turyści mówią, że do Ustrzyk tylko kilometr. Z niedowierzaniem patrzę na zegarek, wrzeszczę do Krzyśka – dawaj, łamiemy 13-tkę, mamy 6 minut i został jeden kilos!

Z kilometra, według następnych spotkanych turystów, robi się ponad dwa. Doganiam jakąś parę mieszaną, mówię im że mają szanse na 12 z przodu. Wyrywają jeszcze mocniej, znikają za zakrętem. Zabraknie im… 40 sekund. Lecimy do końca, jeszcze kogoś wyprzedzamy, mostek, łąka, następny mostek, doganiamy następną ekipę. To jak, tniemy się do końca? – woła jeden z nich. Może wchodzimy razem? – proponuję. Podchodzimy na skarpę i w czwórkę wpadamy ławą na metę z Przemkiem i Arturem, trzymając się za ręce uniesione w górę.

13h06:46. Caryńska netto w 1h46. Medale na szyje, piwo Rzeźnik do gardeł. Smakuje jak ambrozja. Dziękujemy sobie za współpracę. Jesteśmy wypruci, ale adrenalina jeszcze trzyma nas w pionie. Jedząc sałatkę z makaronem powoli wracamy do rzeczywistości. Dzwoni Michał, już dawno jest w Cisnej. To co zrobili z Kamilem to jakiś kosmos, 9h32 i 10 miejsce, do tej pory mi się to nie mieści w pale! Spotykamy Asię z Darkiem, którzy też dzielnie walczyli o złamanie trzynastki. Dotarli na metę zaledwie 2 minuty przed nami, chociaż w Berehach mieli jeszcze 25 minut przewagi. W czwórkę zbieramy się i chwiejnym krokiem człapiemy do autobusu…

 

Wyniki naszych (przepraszam jeśli kogoś pominąłem, niech krzyczy to uzupełnię!):

 

Bieg Rzeźnika (78 km):

10. Michał Brzeszkiewicz i Kamil Dąbrowski (Biegiem po Piwo 1) 9h32:23

155. Jacek Ulowski i Andrzej Woroszyło (Łyse Łosie 2 Fan-Run Team Łódź) 12h04:07

194. Jarema Dubiecki i Wiesław Macherzyński (ŁKB Na Zdrowie) 12h32:50

246. Joanna Adamska i Dariusz Czubak (DJ Lodz) 13h04:32

250. Krzysztof Łaski i Kamil Weinberg (Biegiem po Piwo 2) 13h06:46

298. Dariusz Stawski i Dariusz Czaja (Dwadarki) 13h34:15

320. Grzegorz Lemieszek i Robert Kaczmarek (Łódź Running Team) 13h42:31

350. Alicja Jędraszek i Michał Pawlak (Korona Pabianice) 13h56:36

Wystartowały 594 drużyny, ukończyło 547.

Pełne wyniki:

http://www.biegrzeznika.pl/wp-content/uploads/2013/05/XIBiegRzeznika_wyniki_open_oficjalne_v1.pdf

 

Rzeźniczek (27 km):

257. Maciej Jędraszek (Korona Pabianice) 3h54:22

345. Marek Czubiński (Łódź) 4h20:42

Wystartowało 416 zawodników, ukończyło 414.

Pełne wyniki:

http://www.biegrzeznika.pl/wp-content/uploads/2014/06/Rzeźniczek_wyniki_open_nieoficjalne_v41.pdf

 

Piwna Mila:

1. Jarema Dubiecki

2. Jacek Ulowski

(Chłopaki rozwalili podium, chociaż dzień wcześniej pobiegli Rzeźnika w okolicach 12 godzin! Bieg polegał na czterokrotnym wbiegu i zbiegu bardzo stromym stokiem narciarskim nad Bacówką pod Honem i spożyciu piwa Rzeźnik po każdej rundzie.)

 

* * * * *

20 czerwca, 20:00. Wychodzę z prysznica. Zabieram z samochodu puszkę Łódzkiego Portera i kuśtykam truchtem pod scenę, gdzie Wiewióry właśnie grają koncert. Ty zabierasz to co chcesz, ile chcesz, kiedy chceeeesz! – zdzieram gardło razem z wokalistą i publiką. Długa rzeźnicka noc z piątku na niedzielę właśnie się zaczęła…

 

Wasz górski korespondent,

Kamil Weinberg

Biegampolodzi.pl / Biegiem po Piwo

Powiązane Posty