Trochę przydługa ale prawdziwa historia o mojej setce, czyli mój Bieg 7 Dolin…

Start… “Zasada jest prosta i surowa: biegnij, aż już nie będziesz mógł. A potem pobiegnij jeszcze trochę. Znajdź nowe źródło energii i woli. I biegnij jeszcze szybciej.” /Scott Jurek – Jedz i biegaj/ Pobudka o 1:15, porcja ryżu z budyniem i dżemem truskawkowym (takie własnoręcznie przygotowane jeszcze w domu Berliso), odżywka białkowa, potem biegowe wdzianko i wsiadamy w samochód, którym dojechaliśmy z Rafałem na start. Oddałem do odpowiednich busów to, co miało wylądować na przepakach na 33 i 66 kilometrze i do startu zostało jeszcze ponad pół godziny. Było ciepło, mglisto. Usiadłem na schodach i czułem lekkie przerażenie, chociaż ktoś kto patrzył na mnie z boku mógł mieć wrażenie, że jestem raczej znudzony wyczekiwaniem. Zostało 5 minut, więc stanąłem na starcie w całej masie innych biegaczy-szaleńców, których było jak się potem okazało 760. Końcowe odliczanie i start, najpierw krynickim deptakiem i główną ulicą w dół. Leciutko i swobodnie do pierwszego zakrętu w Czarny Potok. Zaraz za zakrętem pod górę. Wszyscy przede mną prawie zaczęli iść, to i ja też, ale jakoś żwawiej bo przez cały czas idąc wyprzedzałem innych idących. Tak było przez cały czas do szczytu na Jaworzynie Krynickiej. Czułem jednak że się męczę, ale u mnie to normalne przez pierwszych 7-8 kilometrów, tyle się rozgrzewam. jakieś 2 kilometry do góry (200m w pionie), potem 1,5 kilometra w dół (150m w pionie) i długa (5 kilometrów) wspinaczka na Jaworzynę Krynicką (1114m), cały czas ciemno. Wrażenie masy biegaczy z czołówkami bezcenne. Na Jaworzynę prawie cały czas w marszu przeplatanym biegiem, potem ze szczytu wreszcie zbieg i znowu w górę na Runek (1080m). Z runku w dół na 800m. Jest już fajnie, złapałem oddech, organizm wszedł na obroty, powoli zaczyna świtać. Po 22 kilometrach dotarłem do pierwszego punktu żywieniowego przy Schronisku na Hali Łabowskiej (1150m). Łyk wody, kilka herbatników w rękę i w drogę. Do 33 kilometra tylko 11 kilometrów. Najpierw jakieś 2km pod górę na Wierch nad Kamieńcem (1082m) a potem praktycznie cały czas w dół, więc biegnę, ale nie za szybko, bo przecież to dopiero początek. Po drodze obserwuję z prawej strony przepiękny wschód słońca i nie mogę się oprzeć aby nie zatrzymać się na chwilę i nie podzielić fotką wschodzącego na Beskidem Sądeckim słońca ze znajomymi na FB. Ruszam dalej. Nie jest bardzo stromo więc zbiega się fajnie, chociaż kolana zaczynają coraz bardziej boleć. Gdzieś na 30tym kilometrze mija mnie Rafał, myślałem że jest daleko z przodu, biegnie dość szybko więc nawet nie próbuję dotrzymywać mu kroku, biegnę swoje. W pewnym momencie zaczyna się robić bardzo stromo, do tego ślisko i bardzo dużo błota, więc muszę bardzo uważać. Schodząc w dół łapię się drzew, gałęzi ale buty fajnie wgryzają się w podłoże i dobrze trzymają. Niektórzy się przewracają i jeżdżą na tyłku. Już wiem, że nie zmienię butów na te przygotowane na pierwszym i drugim przepaku bo szosowe nie dadzą rady na takiej nawierzchni, a przecież skoro tutaj tak jest to na dalszych odcinkach może być przecież tak samo. Przekonałem się później jak dobra to była decyzja. Zbiegam w końcu do Rytra, biegnę mostem nad Popradem, potem kawałek wzdłuż Popradu i skręt w lewo. Dalej chodnikiem pod górę do pierwszego przepaka. Najważniejsze, że nie jestem zmęczony, ale te 36 kilometrów zajęło mi prawie 5 godzin. Tylko pół godziny poniżej limitu. Niby dobrze ale mogło być dużo lepiej. W końcu wbiegam na przepak, zdejmuję plecak i idę po swój worek. Szybka fotka na pamiątkę i uzupełnianie izotonika. Zabieram co potrzebne, ściągam jeszcze koszulkę z długim rękawem, oddaję worek. Spotykam Kate, która bardzo narzeka na żołądek. Kilka słów otuchy i Kate rusza dalej. Spotykam Rafała, z którym razem wyruszamy w dalszą drogę. Trochę asfaltem lekko pod górę, więc n przemian trochę biegniemy i maszerujemy. Docieramy do podnóża góry i zaczyna się bardzo ostre podejście na Radziejową. Ciężko dysząc mozolnie wspinamy się pod górę, po kamieniach, czasem w błocie. masakra. I tak praktycznie do 43go kilometra. Niestety coraz bardziej odczuwam pościerane stopy i wiem, że na punkcie żywieniowym na 44 kilometrze muszę z tym coś zrobić. Docieram do punktu, łyk wody i biorę się za ocenę strat. Ściągam buty, skarpetki i widok trochę mnie przeraża. Na prawej stopie krwawa rana, na lewej niewiele lepiej. Do tego pęcherze w innych miejscach. Mam na szczęście 2 plastry na pęcherze, więc naklejam na rany, na to naklejam jeszcze plastry. Na pozostałe pęcherze też naklejam plastry zastanawiając się na jak długo to wszystko pomoże i co będzie jak to wszystko się poodkleja. No ale nie mam innego wyjścia, zakładam więc z powrotem skarpetki i buty. Wiem, że już do końca biegu będę to odczuwał. Potem biorę butelkę wody i wylewam ją sobie pierwszy raz na głowę, bo słońce  zaczyna przygrzewać dla mnie już zbyt mocno. Jeszcze pół banana i słodka bułka na drogę i dalej, na Radziejową (1262m), czyli jakieś 5-6 kilometrów. Docieram tam, jest nawet wieża widokowa, to mniej więcej półmetek. Czuję się dobrze, ale świadomość, że to dopiero połowa dystansu trochę przeraża. Ale nic to, aby do przodu. Po drodze jeszcze Wielki Rogacz i zbieg aż do 55 kilometra do wysokości 900m. Niestety czuję, że powoli zaczynam opadać z sił. Tak, zaczyna mi odcinać prąd i zastanawiam się czy właściwym słowem jest „już” czy też „dopiero”. Na szczęście przez kilka minut zaczyna lekko padać i to mnie trochę ożywia, więc przerywam te rozmyślania. Teraz czekają mnie 2 kilometry wspinaczki na Eliaszówkę (1024m). Po zdobyciu Eliaszówki aż 9 kilometrów w dół. Niestety miejscami jest tak stromo, że nie da się biec. Może inaczej – ja nie umiem biec. Z przerażeniem po raz kolejny stwierdzam, że nie jestem „zbiegaczem” – nie umiem wykorzystać tego, że trasa prowadzi w dół i puścić się pędem jak inni. Wkurzony na siebie patrzę jak mijają mnie „zbiegacze” i obiecuję sobie, że musze się tak nauczyć. Najgorszy odcinek tego 9-kilometrwoego zbiegu to betonowe płyty w Piwnicznej, po których nieudolnie zbiegam a trochę idę. Kolana znów bolą i pieką coraz bardziej. Do tego zaczyna mocno palić słońce, robi się bardzo duszno i gorąco. Po drodze schładzam jeszcze głowę kilkoma kubkami wody z wiadra, którą jakaś kobieta wystawiła dla biegaczy. Piję dwa kubki, jest przepyszna. Swoją drogą współczuję tej kobiecie, bo ona tę wodę pewnie od rana wiadrem donosi dla kolejnych biegaczy i jeszcze jakiś czas będzie donosić. Bohaterka i Samarytanka dla mnie. Widzę ja z kolejnym wiadrem i krzyczę do niej z podziękowaniem uśmiechając się od ucha do ucha. Ruszam dalej w dół i zbiegam do Piwnicznej biegnąc wzdłuż Popradu. Po drodze widzę przy ścieżce ławeczkę, a obok lecącą z kranu wodę. Wkładam głowę pod kran i stoję tak minutę, może 2. Jest lodowata, jakby z górskiego potoku, jaka ulga dla mojej rozpalonej słońcem i zmęczeniem głowy. Do drugiego i ostatniego dla mnie przepaka jeszcze ze 2kilometry. Zaczynam biec i docieram na 66 kilometr z zapasem 1,5h do limitu. Niby dobrze ale liczyłem na 2h. Znowu spotykam Rafała, który trochę z przerażeniem na mnie patrzy i pyta czy biegnę dalej. Myślę sobie, że muszę wyglądać źle skoro mnie o to pyta. Na fotce, którą ktoś zrobił mi na przepaku, widzę potem, że rzeczywiście wyglądałem nie najlepiej, więc teraz mnie jego pytanie nie dziwi. Odpowiadam tylko, że pewnie że biegnę, chociaż więcej w tym mojej pewności niż realnej oceny własnych możliwości, bo czuję że opadłem bardzo z  sił. Krótki rachunek sumienia co zabrać na przepaku a co zostawić, w moim garminie końcówka baterii więc zakładam drugiego pożyczonego. Jeszcze butelka wody na głowę, zakładam plecak, zabieram kije, które tu na mnie czekały i męczę się z założeniem uchwytów do kijków. Nie wiem jak to zrobić, zajmuje mi to sporo czasu więc ruszam i walczę z tym już w trasie. 

67-77, czyli piekło-niebo…

„(…)my biegacze, wszyscy darzymy to poświęcenie takim samym uczuciem. Wszyscy gonimy za tym samym, za tą “strefą”, w której krzeszemy z siebie, absolutnie wszystko na co nas stać. Za tą chwilą, w której wydaje nam się, że już nie damy rady, a jednak – dajemy!(…)” /Scott Jurek – Jedz i biegaj/

Na początek mostek nad Popradem i strażak kieruje mnie pod górę. Szlag. Zaczynam iść z kijami, słyszę miarowy metaliczny stukot końcówek uderzających o asfalt. Zaczynają boleć ręce, więc skracam je o 10cm, zakładam od nowa uchwyty które założyłem nie na te dłonie co potrzeba. Chyba wszystko już z kijami ok, więc idę dalej. Mijają mnie dwaj inni biegacze z kijami, ja mijam Starszego Pana, który bardzo narzeka na podejście ale mówi mi kilka razy że to nic w porównaniu z czekającym dalej podejściem pod Wierchomlę. Pytam gdzie to podejście i dowiaduję się ze za 77 kilometrem, więc to mnie trochę uspokaja że nie będę z tym walczył przed kolejnym punktem pomiaru czasu. Czuję jak niemiłosiernie pali słońce, a przecież przed prawie chwilą lałem głowę wodą. Pot leje się ze mnie strumieniami a ja zaczynam opadać z sił w tempie proporcjonalnym do ilości potu cieknącego mi po skroniach. Zaczyna mi pulsować w skroniach i czuję lekki ból głowy. Nie jest dobrze ale wspinam się po asfalcie pod górę, o biegu nie ma mowy. Jak dobrze, że mam kijki, bez nich nie dałbym rady posuwać się do przodu. Dlaczego do cholery nie miałem ich już od 33go kilometra? Kilkadziesiąt metrów cienia uświadamia mi jak działa na mnie to słońce, bo przez te kilkadziesiąt metrów odczuwam wyraźną ulgę. Znowu jednak wychodzę na słońce, widzę kilka domów i wiadro z wodą i kubki, obok kran z wężem ogrodowym. Nie zastanawiając się długo odkręcam kran i po raz kolejny leję głowę wodą, ale przecież muszę iść dalej. Ruszam i docieram na wzniesienie. Widzę, że trasa zaczyna biec w dół, więc próbuję truchtać ale nie mogę. Nie mam siły, głowa boli. Nie mogę biec nawet na zbiegu który jest do tego idealny, bo nie za stromy. Ta myśl poraża. Z przerażeniem patrzę na zegarek i wiem już, że tylko idąc nie dotrę na 77 kilometr w limicie czasu. Nie da się. Zresztą gdyby się dało, to przecież to nie nazywałoby się „Bieg 7 Dolin” tylko „Marsz 7 Dolin”. A tu limity są specjalnie tak ustalane, że przynajmniej z 40% trasy trzeba pokonać biegiem aby się w nich zmieścić. Aby zmieścić się w limitach nie da się pokonać całej trasy albo poszczególnych jej odcinków idąc. Idę w dół. Tak, niestety idę, może tak z 1 kilometr, do Łomnicy. Od czasu do czasu próbuje truchtać ale nie daję rady. Docieram do Łomnicy i zaczyna się znowu pod górę, ale wole już to. Przynajmniej moja psychika nie cierpi gdy idę pod górę, no bo to przecież pod górę, więc jestem usprawiedliwiony. Niestety jest jeszcze gorzej. Mijam jakąś kapliczkę po prawej stojąca w cieniu kilku drzew. Jest trochę cienia i ławeczka, na której siedzi dwóch uczestników tego biegu i jedna uczestniczka. Widać, że kompletnie bez sił i zrezygnowani. Zatrzymuję się i słyszę jak uczestniczka rozmawia z kimś przez telefon – „Wiesz, ja już nie idę dalej, bo nie mam już siły a do kolejnego punktu i tak nie mam szans dotrzeć w limicie czasu”. Ścięły mnie te słowa. Stoję wsparty na kijkach i czuję, że robi mi się najnormalniej słabo. Ból głowy daje znać o sobie, sięgam więc po Aspirin Effect, biorę go i oddycham głęboko stojąc tak jeszcze przez jakiś czas. Patrzę z przerażeniem na zegarek. Przecież ja też nie mam szans żeby dotrzeć na 77 kilometr i zmieścić się w limicie czasu. W  tym stanie,  w tym tempie… Nie da się… Kilka chwil odpoczynku pozwala na to, by ruszyć do przodu. W głowie jest tylko jedna myśl – idę do odcinki, sam nie zejdę z trasy, nie poddam się, nie zrezygnuję, niech organizatorzy mnie zdejmą na punkcie kontrolnym, przecież jakoś się do niego dowlokę. Właśnie – dowlokę się? Jaka pewność, że się dowlokę? Nie ma żadnej, ale idę. Uświadamiam sobie że taka postawa to szaleństwo, ale co z tego. Zostawiam towarzystwo i ruszam przed siebie, w górę. Świadomość końca tej bajki za kilka kilometrów jest przerażająca, ale i tak lepsza niż poddanie się już, teraz, tak po prostu. A miało być tak pięknie, miała być setka… Nie dziś, nie tym razem, może za rok a może już nigdy… Idę jakiś kilometr, słońce nadal praży ale robi się jakoś dziwnie ciemno. Gdzieś z boku ciemne chmury, grzmot, za chwilę kolejny. Zaczynam modlić się o deszcz. Pierwsze krople, takie nieśmiałe… Wysłuchałeś mnie Boże? Nie, to przypadek, ale pada coraz mocniej a ja zaczynam czuć się coraz lepiej. Czuję się jak zwiędły kwiat, w który za sprawą deszczu powróciło życie… Nadal pod górę, już nie kropi a leje. Lekki podbieg, na którym próbuję biec. Mogę biec, a jeszcze przed chwilą ledwo szedłem. Ciekawe jak długo dam radę biec. Na wszelki wypadek co jakiś czas zwalniam i idę przez kilkadziesiąt metrów ale odcinki biegu są coraz dłuższe. Wyprzedzam jakiegoś biegacza, potem kolejnego. Oni idą a ja biegnę. Doganiam kolejnego, który zdziwiony moim pośpiechem mówi, że nie ma szans zmieścić się w limicie. Patrzę na zegarek i mówię mu, że jeśli uda się utrzymać tempo poniżej 8 min/km to damy radę. Przyłącza się do mnie i tak razem biegniemy w dół, doganiamy kolejnego. Powtarza się sytuacja, kolejny biegacz mówi, że nie ma szans a ja znowu swoje, że jeśli będziemy biec to damy radę. Kolejny wagonik się do nas doczepia, więc jest nas już trzech. Biegniemy dalej i doganiamy kolejnych dwóch idących biegaczy, ale oni nie podejmują walki, mówią że nie ma szans i zostają w tyle. Cały czas pada, biegniemy ścieżką pełną błota, jest cholernie ślisko, miejscami błoto po kostki, kałuże z wodą. Wcale się tym nie przejmujemy, nie szukamy nawet lepszego miejsca dla nóg tylko najkrótszej możliwej drogi aby posuwać się jak najszybciej. Co jakiś czas marsz. Trochę wkurzam się na te 2 wagoniki, bo robię za lokomotywę sam. Jak biegnę, to biegną, jak przechodzę w marsz to robią to samo. Dobra, mam siłę to będę ciągnął dalej ten malutki pociąg. Po drodze cały czas patrzenie na zegarek i liczenie ile do mety i ile zostało czasu. Jeden z nich mówi, że nawet jak się zmieścimy na 77 kilometrze to odpuszcza i nie biegnie dalej bo brakuje mu już siły, drugi jeszcze nie wie co potem. Uwierzyli więc że damy radę. W końcu zbiegamy na asfalt, strażak kieruje nas w lewo pod Wierchomlę i mówi, że jeszcze mamy jakieś 2 kilometry. Patrzę na zegarek i widzę, że mamy prawie 25 minut, wiem już ze damy radę i dobiegniemy do punktu z kilkunastominutowym zapasem. Zatrzymujemy się jeszcze przy wiadrze z wodą, które jest wystawione przed posesją. Jakaś starsza kobieta przeprasza nas, że to tylko woda, odpowiadam że to jak złoto i że bardzo dziękujemy. Biegniemy dalej. kolega, który mówił ze i tak odpuszcza po 77 kilometrze mówi ze biegnie szybciej bo i tak kończy. Trochę go nie rozumiem, ma siłę biec dużo szybciej a odpuszcza? Puszczamy go przodem i zostajemy we dwójkę. Pytam się tego który został co robi, odpowiada że nie wie ale raczej odpuszcza. Widzę już Hotel Wierchomla, dobiegamy do 77 kilometra 12 minut przed końcem limitu. Nie mogę uwierzyć, że się udało, tylko co dalej? Nie ma czasu na rozpamiętywanie jaka to była walka, teraz walczę o to by jak najmniej czasu spędzić na punkcie żywieniowym. Butelka wody na głowę, złapałem jakiegoś banana i ze zdumieniem widzę Rafała. Co on tu robi?. Rafał widząc mnie mówi, że już tyle razy go doganiałem, że to chyba jakieś przeznaczenie i teraz to on już nie rwie się do przodu i dalej próbujemy razem. Odpowiadam, że czeka nas niełatwe zadanie, bo mamy przed sobą podejście na Wierchomlę. Nie byłem tu nigdy, ale ten Starszy Pan, którego mijałem po drodze, mówił przecież że to jedna z najgorszych części tego biegu. Wiedząc czego już doświadczyłem trochę się boję co nas czeka. Złapałem jeszcze w rękę słodką bułkę, w głowie myśl „To już 3cia słodka bułka dziś, tyle kalorii… jak to spalić?”. Uśmiecham się sam do siebie, łapię kolejną butelkę wody, wylewam ją sobie na głowę i w drogę.

78-88, czyli z kijkami pod górę tam gdzie narciarze jadą w dół…

„Poza najdalej wysuniętym bastionem zmęczenia i bólu odkryjemy pokłady mocy i ukojenia, o jakie siebie samych nie podejrzewaliśmy, źródła obfite i nienapoczęte do jakich nigdyśmy wcześniej się nie przebili.”/ William James, ulubiony cytat Scotta Jurka/

Najpierw bardzo łagodnie w górę, więc trochę biegniemy, trochę idziemy. Na rozwidleniu strażak mówi nam „w prawo”. Żartuję, aby puścił nas w lewo, bo w lewo widzę jest w dół a w prawo pod górę. Skręcamy w prawo i wchodzimy na trasę stoku narciarskiego Wierchomla. Spojrzenie w górę i pierwsze kilka kroków uświadamia mi, co mówił ten Starszy Pan. Zaczyna się masakryczna masakra, ledwo z kijkami dajemy radę posuwać się do przodu a czekają nas 3 kilometry takiej wspinaczki , z 600m na 1050m, czyli średnio jakieś 15% nachylenia. Rafał mówi, że go przytyka, ja ledwo żyję ale nic nie mówię. Posuwamy się dalej. Za jakiś czas czuję, że słabnę, pytam więc Rafała czy został mu jeszcze jakiś żel. Na szczęście zostały mu dwa, więc biorę od niego jeden i wciskam w siebie połowę, czyli 1 porcję. Po kilku minutach jest zdecydowanie lepiej, więc wcinam jeszcze połowę batona proteinowego, tak na wszelki wypadek. Napieramy do przodu wyprzedzając kilka osób, ale za nami już mało uczestników. Prawie zamykamy stawkę, ale co tam, jesteśmy nadal w grze i to jest najważniejsze. Teraz liczy się tylko walka o to aby dotrzeć na 88 kilometr w limicie. Niby ponad 2 godziny na 11 kilometrów to bardzo dużo czasu, ale nie tutaj, nie teraz, nie na tym etapie biegu… Wydaje się to niewykonalne zważywszy na tempo w jakim się poruszamy. Jak to potem nadrobić? Da się? W końcu docieramy na szczyt i przed nami długi łagodny zbieg. obydwaj wiemy, że nie możemy iść, musimy biec aby ta bajka nie skończyła się na 88 kilometrze. Wymęczeni podejściem biegniemy, najpierw nieśmiało, krótkie odcinki, po których przechodzimy w marsz. Rafał mówi „Do tamtego drzewa”, ale to ze 300 metrów, więc odpowiadam mu „Chyba je tu za 20 metrów przestawisz”, ale podejmuję walkę. Do drzewa nie dobiegam, zaczynam iść gdzieś w połowie dystansu ale po kilkunastu metrach znowu biegnę. Odcinki biegu są coraz dłuższe, mówię do słupa i biegniemy do słupa, ale dobiegamy nie do tego który miałem na myśli a do któregoś tam z kolei. To nas podbudowuje. Patrzę na zegarek i mówię, że jak tak dalej będziemy biec to damy radę. Niestety za jakiś czas łagodny zbieg zamienia się w bardziej stromy i ani ja ani Rafał nie jesteśmy w stanie już zbiegać. Znowu uświadamiam sobie, że nie jestem „zbiegaczem”. Mówię o tym głośno, Rafał tez mówi że nie umie tak. Idziemy tam, gdzie nie dajemy rady biec, a biegniemy tam gdzie tylko się da. Docieramy w końcu do Szczawnika. Według moich obliczeń zostało nam jakieś 5 kilometrów, więc powinniśmy dać radę. Niestety zanim skręcimy w lewo na asfalt w kierunku Schroniska Bacówka nad Wierchomlą jakiś gość z obsługi mówi nam, że zostało nam aż 6 kilometrów podejścia. „Jak utrzymacie tempo poniżej 10min/km to dacie radę, jak nie to zdejmą Was z trasy”. Te słowa dźwięczały w uszach przez całe cholerne 6 kilometrów. Rafał narzucił bardzo ostre tempo, już nie patrzył czy jestem w stanie dotrzymać mu kroku, ale nie miałem pretensji. Już wcześniej mówiłem mu wielokrotnie żeby parł do przodu jak ma siłę, bo nie wybaczę sobie jak nie ukończy tego przeze mnie. Miałem świadomość, że jestem słabszy. Nie miałem pretensji ale byłem wkurzony, że nie daję rady dotrzymać mu kroku w szybkim marszu z kijkami po asfalcie pod górę, a przecież sam też szybko maszerowałem. Odskakiwał mi co jakiś czas na 10-20 metrów a ja resztkami sił zaczynałem wtedy truchtać, przeganiałem go o kilka metrów i przechodziłem do marszu. I tak nie wiem ile razy. Wyprzedziliśmy kilka osób po drodze trzymając tempo poniżej 9min/km. Potem doszliśmy dwóch biegaczy, z którymi poruszaliśmy się jakiś czas razem rozmawiając i cały czas patrząc na zegarek. Pod koniec Rafał z jednym z nich był już w przodzie jakieś 200 metrów, ja szedłem z drugim  z nich i dogonił nas jeszcze ten chłopak, z którym tak walczyłem o dotarcie w limicie na 77 kilometr, ten który wahał się czy biec potem dalej. Ucieszyłem się, że jednak się zdecydował, miałem w tym duża zasługę. Doszliśmy do kierunkowskazu w lewo, na którym widniała informacja, że do Schroniska Bacówka mamy 10 minut a na zegarku do limitu było niecałe 20 minut. Wiedziałem już, że znowu się udało. Kolejna walka wygrana, ale jeszcze nie wojna. Docieramy do Schroniska, przy macie sędziowie z notatnikami i długopisami w ręku. Wiem że tak nie było, ale w tamtym momencie wyglądali dla mnie jak sępy czekające na swoje ofiary, na tych którzy dotrą tu po 17:00, aby odebrać im numery startowe i powiedzieć „The game is over”. Dla mnie na szczęście ta gra nie była skończona. Dotarłem 7 minut przed końcem limitu i zanim limit się skończył nie było mnie już tutaj, byłem w drodze do upragnionej mety, na ostatnim już odcinku.

89-100 czyli finałowe odliczanie…

„Nie każdy ból jest istotny.” /Scott Jurek – Jedz i biegaj/

Znowu ruszyliśmy dalej razem z Rafałem. Od 88 kilometra trasa wiodła 3 kilometry w górę na Runek (z 900m na 1080m), więc Rafał znowu szybko mi odskoczył. nie spieszyłem się aż tak bardzo jak on, jakiś dziwny spokój był we mnie. czułem że mam sporo siły na te 12 kilometrów i uważałem bardzo gdzie stąpam. Niestety ten spokój zaowocował tym, ze przypomniałem sobie nagle o bolących i szczypiących stopach, o których zapomniałem zupełnie między 66 a 88 kilometrem. To nie znaczy ze nie dokuczały, ale w całej tej walce to nie było istotne. Lekki spadek adrenaliny spowodował, że stopy o sobie przypomniały. Czułem że ponaklejane plastry dawno się już poodklejały i więcej z tego  szkody niż pożytku, ale stwierdziłem że mam to gdzieś – niech sobie bolą, i tak dobiegnę.  Ten ból nie był istotny… Rafał zginął mi w końcu z oczu na podejściu, zaczęło się robić coraz ciemniej. Zostałem sam, za mną nikogo. Miałem wrażenie, że jestem tu tylko ja i cisza przerywana odgłosem moich kijków. Czułem się nadzwyczaj dobrze. Gdy dotarłem na Runek zrobiło się łagodnie w dół więc zacząłem biec przechodząc tylko sporadycznie do marszu, bardziej dla zasady niż z potrzeby. Wiedziałem, że muszę utrzymać tempo średnie na całym odcinku poniżej 10min/km aby zmieścić się w limicie czasu na mecie (miałem od 88 kilometra 12 kilometrów i 2 godziny na to plus kilka minut zapasu). Biegłem dość szybko dopóki na zegarku nie zobaczyłem, że średnia z przebiegniętego odcinka jest poniżej 10min/km. To było gdzieś z 7 kilometrów przed metą, więc jest dobrze uznałem. Teraz tylko to utrzymać. Nie zwalniałem jednak i nadal biegłem, wyprzedzając o dziwo po drodze kilku zawodników. Po jakimś czasie zobaczyłem Rafała i jeszcze jednego biegacza. Szli. Przebiegając obok nich rzuciłem przez ramię z uśmiechem „No co jest Rafał, napierdalamy!!!”. Miałem wrażenie, że jest zdziwiony że mnie zobaczył w takiej dyspozycji i że biegnę. Obydwaj przyłączyli się do mnie i biegliśmy dalej doganiając kolejnych zawodników. Niektórych mijaliśmy a niektórzy przyłączali się do nas. Znowu dogonił nas chłopak, z którym tak zawzięcie walczyłem o zmieszczenie się w limicie na 77 kilometrze. Znowu się ucieszyłem się, powiedziałem mu że chyba powinien mi postawić czteropaka na mecie za zmotywowanie go do walki. Uśmiechnął się i coś powiedział ale nie zrozumiałem co, bo biegłem już dalej. Robiło się coraz ciemniej a my biegliśmy w lesie, pod nogami robiło się niebezpiecznie. Poprosiłem więc któregoś z biegaczy aby szybko z plecaka wyjął mi czołówkę. To zajęło kilkanaście sekund i oszczędziło mi sporo czasu, bo nie musiałem zdejmować plecaka. Przeprosiłem tego biegacza za te kilkanaście sekund i ruszyliśmy dalej. Z czołówką biegło się o wiele lepiej i szybko dogoniliśmy grupkę, z którą wcześniej biegliśmy. Po lewej stronie w oddali gdzieś za drzewami na dole widniały światła Krynicy, mieliśmy do mety 4, może 3 kilometry. Czekała nas jeszcze przeprawa przez wiatrołomy, przed którymi ostrzegali nas na odprawie organizatorzy. Pr

zepraszali że nie zdążono ich pousuwać przed biegiem. Dobiegliśmy do wiatrołomów jakieś 2 kilometry przed metą. Te 200-300 metrów wiatrołomów to była dla moich łydek nie lada męka. Ostatnie 20 kilometrów czułem już mikroskurcze łydek, więc teraz bardzo wolno i uważnie pokonywałem kolejne przeszkody z drzew leżących często na wysokości bioder, tak aby na samym końcu nie zrobić sobie krzywdy i ograniczyć niepotrzebne i inne niż w trakcie biegu ruchy mięśni łydek i ud zapobiegając skurczom. Tylko raz złapał mnie skurcz łydki, ale szybko na szczęście odpuścił. Na wiatrołomach minąłem Rafała, który dopiero teraz zatrzymał się aby wydobyć z plecaka swoją czołówkę. Jeszcze kilka drzew i dalej czysta ścieżka, niestety prosto chociaż jest skręt w lewo. Dlaczego prosto skoro Krynica jest z lewej strony i słychać już muzykę i głos spikera na mecie, co prawda niewyraźnie ale słychać. Zerknięcie na zegarek, zostało jakieś 23 minuty do limitu. Dobiegam do rozwidlenia i zastanawiam się czy biec znowu prosto czy wreszcie w lewo. Z lewej jakieś ogrodzenie, wąska ścieżka wzdłuż ogrodze

PS. Dla jednych pokonanie 100 kilometrów (świadomie nie używam słowa „przebiegnięcie” bo to byłoby w moim przypadku nadużyciem) w prawie 17 godzin to kosmos i jestem dla nich jakimś terminatorem. Dla innych z kolei to porażka i jestem dla nich najzwyklejszym cieniasem, bo przecież ledwo doczłapałem się do mety mieszcząc się w limicie. Ale czy to ważne? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie robiłem tego dla nikogo a tylko i wyłącznie dla samego siebie. Było to dla mnie nie lada wyzwanie i dałem z siebie w tym wyzwaniu naprawdę wszystko starając się dotrzeć do upragnionej mety. Dlatego właśnie mam prawo czuć się wygranym i czuć się ultramaratończykiem, tak jak 500 pozostałych osób, które tego dnia przekroczyły linię mety w wyznaczonym przez organizatorów limicie. 260 osób nie zdołało tego zrobić, więc łatwo nie było. Nie czyniłem do tego biegu jakichś specjalnych przygotowań, gdyż decyzja o nim została podjęta przeze mnie raptem miesiąc wcześniej po ukończeniu w dobrej kondycji Maratonu Karkonoskiego. Tym bardziej jestem zadowolony, że dałem radę pokonać ponad dwukrotnie dłuższy dystans. Jednocześnie zadaję sobie pytanie po co to zrobiłem. Czasem wydaje mi się, że znam na nie odpowiedź, tylko jak zaczynam tę odpowiedź formułować to wydaje mi się taka jakaś wyświechtana. Bo poznawanie własnych granic i możliwości jest dla mnie właśnie jakieś takie wyświechtane i oczywiste, wszyscy tak mówią przecież. Wtedy zastanawiam się czy taka właśnie jest prawdziwa odpowiedź i dochodzę do wniosku, że chyba zupełnie nie wiem tak naprawdę po co. Może najlepiej więc nie zastanawiać się nad tym i przyjąć, iż najwłaściwszą odpowiedzią na pytanie „po co?” jest motto życiowe Scotta Jurka – „Czasem po prostu trzeba”… I jeszcze jedno. W sobotę po biegu i jeszcze w niedzielę byłem pewien, że to pierwsza i ostatnia setka w moim życiu. Dziś już wiem, że raczej tak nie będzie…nia i taśmy oznaczające trasę. A więc w lewo, skręcam więc i wbiegam między domy. CYWILIZACJA!!! Czyli blisko już. Gdzieś za ogrodzeniem jakaś grupa podpitych chłopaków ostro nas dopinguje, jeden z nich stoi chwiejąc się na nogach i przybija ze mną piątkę. Krzyczą że jesteśmy najlepsi, że meta już za chwilę. Widzę przed sobą jakiegoś biegacza i biegnę w dół. W dole widzę już asfalt i kogoś w żółtej kamizelce z obsługi. Dobiegam do niego i pokazuje mi ze mam biec w lewo w dół. Wiem już gdzie jestem, to już tak blisko. Zapas czasu jest spory ale nie zwalniam, wręcz przyspieszam.  Zastanawiam się jeszcze skąd ta lekkość po wcześniejszych 99 kilometrach, jak udało mi się po tym jak już prawie mdlałem dać radę pokonać jeszcze ponad 30 kilometrów w dobrej dyspozycji, jak automat nastawiony na cel jakim jest ukończenie tego biegu. Dobiegam brukiem do głównej ulicy, skręcam w prawo, za chwilę w lewo i jeszcze raz w lewo. Jestem już na ostatniej prostej do mety, która widnieje za jakieś 300m. Kibice przy barierkach jeszcze nigdy nie byli mi chyba tak bliscy. Biegłem tak przed siebie przybijając piątki i ciesząc się że za chwilę przekroczę metę. Gdzieś z boku znajomy głos krzyczy „Dajesz Marek, dajesz, dajesz…”. To Paweł z żoną, czekali na mnie na mecie tak długo… Paweł kręci kamerą ostatnie metry tej męczarni. Nie, to nie była znowu taka męczarnia. Męczarnią było rzeczywiście i na szczęście jakieś 6-7 kilometrów za przepakiem na 66 kilometrze. Potem było tylko ciężko, nawet bardzo ciężko. Przybijam z nim piątkę i biegnę dalej. Przed metą jeszcze kije uniesione w geście triumfu nad samym sobą, na mecie spiker podaje mi mikrofon, pyta jak się nazywam i skąd jestem. „Marek z Buczku, Bieging Team Zelów” odpowiadam. Potem idę po medal i czuję, że z oczu płyną mi łzy. To już koniec tej bajki. Tym razem sam do siebie w myślach mówię „Gra skończona. Wygrałeś”. Nie umiem się opanować, stoję i płaczę jak dziecko czekając na Rafała, który wbiega na metę po jakimś czasie za mną. Gratulujemy sobie, łapiemy oddech, robimy kilka fotek i ledwo powłócząc nogami idziemy na pasta party. Potem w auto i do pokoju. Przed kąpaniem i zaśnięciem długie godziny rozmów i rozpamiętywania tego, co działo się na trasie i w naszych głowach…

Pozdrawiam
Marek Górecki

Powiązane Posty