No i stało się, stało się co miało się stać, przebiegłem 110, nosz kur…ka mać ;) – relacja Marcina

Pomysł na coś bardziej zwariowanego urodził się w głowie zaraz po tym jak ukończyłem swój pierwszy maraton, na wiosnę 2014. Ponad 42 kilometry to za mało żeby się sponiewierać i zacząłem myśleć o dłuższym dystansie. 100 kilometrów wydało mi się optymalnym dystansem, nie za długi i ładnie brzmi, setka, a więc zacząłem szukać ciekawych rywalizacji. Przez przypadek trafiłem na stronę festiwalu biegowego w Lądku Zdroju i zapisałem się na zawody K-B-L ( od nazwy miejscowości Kłodzko Zdrój – Bardo – Lądek Zdrój ) 110 km.

Przygotowania jakie poczyniłem to regularne bieganie ok 200 km miesięcznie a więc takie potrzebne minimum od jesieni tamtego roku. Brakowało mi w treningach elementów biegania górskiego co przełożyło się na wynik bo jednak na stromych zbiegach nie miałem doświadczenia i zwalniałem żeby nie zaliczyć wywrotki a znów na podejściach wydolność dała znać o sobie zadyszką i podwyższonym tętnem.

Do Lądka zawitaliśmy rodziną w godzinach popołudniowych w piątek a więc w dzień startu. Szybkie meldowanie w hotelu i spacer po odbiór pakietu startowego w biurze zawodów a później chwila relaksu z synem i Anitą w parku zdrojowym i powrót do hotelu. Szybkie przebranie się, spakowanie depozytu na przepak ( Bardo ) sprawdzenie czy wszystko mam i ponowny spacer pod biuro zawodów do podstawionych autokarów które wiozą nas, zawodników do Kudowy Zdrój skąd jest start. W Kudowie jesteśmy o 19-tej a więc godzinka do startu. Zwiedzam stoiska wystawców i spotykam znajomych z innych zawodów i zaprzyjaźnionego klubu z Kamieńska ( pozdro Jarek 😉 )

Atmosfera coraz bardziej podgrzewana przez spikera, w międzyczasie kończą bieg uczestnicy na dystansie 130 km a zawodnicy z dystansu 240 km mają przepak i dalej z “nami” do Lądka.

Odliczanie i start ! 9…8….7….i poszli….

Sam początek i spory podbieg na dzień dobry, zadyszka, momentami idziemy gęsiego, adrenalina działa, jest super. Już na 12 kilometrze pierwsze zgubienie trasy. Wbiegamy do Czeskiej Republiki, znaki itd i tak żartem krzyczę do grupy – kontrola paszportów. Śmiechu co nie miara i dezorientacja, nikt sobie nie przypomina żeby trasa biegła przez Czechy. Szybki powrót i znalazły się strzałki i tasiemki, powrót na trasę i już do końca obyło się bez niespodzianek. Tutaj chciałbym dodać że były to najlepiej oznakowane zawody na jakich byłem. Tasiemki zawieszone wzdłuż trasy co ok 100-200 m i do tego strzałki na ziemi żółtym kredowym sprayem – no po prostu rewelacja !

Pierwszy punkt kontrolno-pomiarowy na Pasterce, uzupełnienie płynów, arbuz w rękę i w drogę. Arbuzy stały sie nieodłącznym elementem mojej diety. Raz że je uwielbiam a dwa to rewelacyjnie nawadniają. Jadłem je na każdym punkcie po kilka kawałków. Kolejny punkt to Szczeliniec, najwyżej położony na trasie. Trasa zmieniła się diametralnie. Z lasu i łąk przeobraziła się w skały. Góry stołowe mają klimat

Tu nie zauważyłem skały i uderzyłem się w głowę, dobrze że nie mocno i nic się nie stało. Zdjęcie zapożyczone z czeluści internetu ponieważ ten odcinek pokonywałem już w nocy z latarką.

Kolejne punkty kontrolno-żywieniowe były co ok 12-13 km a dwa w odległości 20 km pomiędzy sobą.

Jeden z punktów utkwił mi bardzo w pamięci. Ścinawka Średnia. Wbiegam w nocy do wioski a tam muzyka jak z dyskoteki, wielkie halogeny mnie oświetlają i wolontariusze. Tutaj chciałbym wszystkim podziękować na punkcie, byliście rewelacyjni ! Napiłbym się kawy mówię, a tu proszę bardzo – parzona czy rozpuszczalna? Cola, woda, herbata, izotonic, wszystko bez limitów. No i arbuzy. Tu postanowiłem zjeść. Kanapeczki z serem, szynką i ogórkiem były rewelacyjne ( zjadłem ok 6 trójkątów ) i dwie kanapki z dżemem przegryzając…arbuzem 😉 Ktoś z zawodników zapytał – ” a piwo to macie” No jak nie jak tak, piwo też się znalazło 😉 No ale wszystko co dobre szybko się kończy i postanowiłem po kilkunastu minutach przerwy ruszyć dalej. Biegłem już sam od kilkunastu kilometrów, w świetle latarki tylko ślipia zwierząt ( niedźwiedzi nie było :p )

Ok godz 2 w nocy dogoniłem dwóch zawodników i zaczęliśmy wspólny marszobieg, jak się okazało z Bartkiem do samego Lądka. Bartek, rówieśnik, miejscowy, były to jego też pierwsze tak długie zawody. Tu chciałem go serdecznie pozdrowić bo bez jego pomocy nie wiem czy bym ukończył te zawody. Wspierał , poganiał, użyczył sudocremu 😉

Kolejny punkt kontrolny już po świcie. Słońce które wschodziło dodało nam sił. I stopa przestała boleć, i nerki które mi dokuczały przez kilka godzin…

Bardo, kolejny punkt i przepak. Żyłem tym punktem bo wiedziałem że będę mógł się przebrać i zjeść ciepły posiłek. Rosół i bogracz to to co nam zaserwowano. Nie muszę opowiadać jak to smakowało no i …arbuzy.

I tutaj zaczyna się zabawa. Po pierwsze temperatura która nieuchronnie zbliża się do 30 stopni w cieniu jak i najtrudniejszy odcinek zawodów. Podejście na Kłodzką Górę. Chaszcze, krzaczory, kamienie i korzenie a do tego ostre nachylenie i słońce. Było cięzko, momentami brakowało tchu i jak ja wtedy żałowałem że nie miałem kijków ( obowiązkowy zakup na kolejne zawody )

Ze szczytu widać jezioro Nyskie

Jak się weszło to trzeba zejść. Do kamieni i korzeni już się przyzwyczaiłem ale dodając do tego nachylenie zaczyna się zabawa. Ciało mimowolnie leci w dół a hamować trzeba

Czy już pisałem o kijkach ? 😉

Kolejny punkt to przełęcz Kłodzka. Tankowanie do pełna, arbuzy i dalej w drogę. Myślami byłem już z rodziną. Moja druga połówka i synek zapowiedzieli się na punkcie w miejscowości Orłowiec. Był to ostatni punkt na 12 km przez metą. Widok machającego i wołającego – ” tata ” synka bezcenne. Anita przywiozła mi pół litra zimnej pepsi, no miód w gębie ! Żelki, arbuzy, tankowanie izotonica i czas na pożegnanie ale krótkie. Plan, dotrzeć na metę przez godziną 14-tą.

Ostatni etap to łagodne podejście po szutrze i zejście ok 5 km cały czas z górki. Jakby nie słońce to by było rewelacyjnie ale ponad 30 stopni w cieniu robiło swoje. Organizm odmawiał posłuszeństwa, każdy krok i każdy kamień wbijał się w obolałe stopy.

Na 100 m przed metą dołączył do mnie Kuba i razem wbiegliśmy na metę

Chciałem podziękować wszystkim co przyczynili się do tego ze udało mi się ukończyć tak trudny technicznie bieg, mojej rodzinie za wsparcie i Bartkowi za pomoc na Trasie.

Sprzęt:

– buty Brooks Cascadia 9 ( rewelacja na kamieniach,szutrze, mokrej trawie i korzeniach ! )

-⁠ plecak decathlon z bukłakiem 2 L + bidon na izo 0,6 L

-⁠ garmin 920 xt ( batria padła na ok 1 km przed metą )

-⁠ ciuchy nike, asics, under armour, inov8, kalenji

-⁠ 12 żeli energetycznych ALE

-⁠ 2 batony nutrend

-⁠ rewelacyjne tabletki HydroSalt Ale

-⁠ magnez ALE

-⁠ cukierki żelowo cukrowe biedronka 🙂

-⁠ maść sudocrem

 

Pozdrawiam

Marcin Walczuk

Grupa Biegowa “Sieradz biega”

 

Powiązane Posty