Bieg 7 Dolin – relacja Tomka Jasiewicza

Pomysł, by wystartować w biegu 7 Dolin na dystansie 100 km narodził się rok temu, zaraz po nie do końca udanym starcie w Beskid Ultra Trial. Jeszcze w styczniu wysłałem swoje zgłoszenie i opłaciłem opłatę startową. Miałem ponad pół roku do przygotowania się do tego startu i zebrania odpowiedniego sprzętu na bieg. W tym roku impreza po raz pierwszy rozgrywany był w randze Mistrzostw Polski w Biegach Górskich. Trasa przebiegała w Beskidzie Sądeckim trudnymi szlakami z licznymi podbiegami i zbiegami z przewyższeniami +/- 4500 m. Bieg był też eliminacją do najsłynniejszego na świecie ultramaratonu Ultra-Trail du Mont-Blanc.

Osiągając w limicie 17 h metę w Krynicy-Zdroju, można było jednocześnie uzyskać 3 punkty kwalifikacyjne do UTMB – biegu, gdzie uczestnicy muszą pokonać 168 kilometrów, a łączne przewyższenie to 9600 m. Trasa wiedzie malowniczymi szlakami Alp i przebiega przez trzy państwa: Szwajcarii, Francji i Włoch.

Do Krynicy przyjechałem w czwartek pod wieczór na dwa dni przed startem. W piątek w ramach rozgrzewki przed biegiem udałem się zielonym szlakiem na Jaworzynę Krynicką. Stąd powrót do Krynicy po odbiór pakietu startowego, zwiedzanie targów biegowych oraz udział w warsztatach biegowych. O 19.00 udałem się na obowiązkową odprawę przed biegowa oraz oddałem worki na punkty przepakowe w Rytrze (36km), Piwnicznej (66km) oraz Wierchomli (77km). Potem szybko do hotelu i ostatnie przygotowania sprzętu i posiłków na bieg.

Budzik zadzwonił o 1:30 i się zaczęło. Na śniadanie miałem ciasto energetyczne i herbatę, następnie ubrałem się w wcześnie przygotowany strój oraz jeszcze raz sprawdziłem, czy mam w plecaku wszystko, co potrzebne. Szybka toaleta i udaje się na start na deptak główny w Krynicy, gdzie przybywam na 5 min przed startem. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i punktualnie o 3:00 startujemy. Jest wystarczająco ciepło, dlatego szybko zdejmuje wiatrówkę i biegnę tylko w koszulce z rękawkami.

Od początku biegniemy w zwartej grupie, większość z zapalonymi czołówkami. Staram się biec ostrożnie, by nie zaliczyć jakiegoś upadku i nie zakończyć przedwcześnie zawodów, szczególnie na błotnistych, kamienistych i stromych zbiegach. Niestety kilka razy się potykam i zaliczam niegroźne upadki. Raz omijając wielką kałużę, odbijam ze szlaku, nie zauważam ściętego drzewa i uderzam w niego całym impetem prawym kolanem. Kilka niecenzuralnych słów i biegnę dalej.

Jak już zaczyna się przejaśniać dołączam do kilkuosobowej grupy i wspólnie pokonujemy trudny techniczny zbieg do pierwszego przepaku w Rytrze. Pierwsze oznaki zmęczenia przyszły zaraz po wyjściu z przepaku wraz z rozpoczęciem podejścia na najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego czyli Radziejową. Na bufecie na 45 km zrobiłem zbyt krótki postój, bo chciałem nadrobić czas stracony na poprzednim podejściu na zbiegu do kolejnego przepaku do Piwnicznej (66km).

Nie wiem, kiedy się pojawiła ściana, ale przez chwile myślałem, że mogę tego biegu nie ukończyć. Wysoka temperatura i pałace słońce sprawiło, że na tym etapie zawodnicy mijali mnie jeden za drugim. Najważniejsze wtedy było tylko dotrzeć do przepaku, gdzie czekała na mnie upragniona puszka Pepsi, napój energetyczny, żele i baton energetyczne oraz wszystkie dobrodziejstwa punktów żywieniowych. Byłem tak zmęczony, że prawie usnąłem, kładąc się w cieniu na trawie z nogami uniesionymi do góry.

Po około 30 min od dotarcia do punktu żywieniowego, po naładowaniu baterii ruszyłem dalej. Na tym etap biegu zaczynam nadrabiać, to co straciłem wcześniej szczególnie na zbiegach, gdzie wiedziałem, że jestem mocny. Po wyjściu z ostatniego przepaku z Małej Wierchomli został mi ostatni trudny odcinek, czyli prawie pionowe podejście pod narciarska trasę zjazdową. Po dotarciu na szczyt odetchnąłem z ulgą i rozpocząłem zbieg do Szczawnika.

Mimo że do mety zostało około 20 km, poczułem niesamowitą radość i cos wewnątrz mi mówiło „chłopie ukończysz ten bieg”. Nic nie było już w stanie zmienić stanu, w jakim się wtedy znalazłem – ani ulewa na ostatnim podejściu pod Runka, przez którą zmokłem do ostatniej nitki, ani upadek na zbiegu kilka kilometrów przed metą – wszystko to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że po 14 godzinach, 18 minutach i 5 sekundach walki ze sobą i trasą ukończyłem ten bieg i jest to dla mnie wielki sukces.

Podczas całego biegu nie brakowało na trasie malowniczych krajobrazów, ale najpiękniejszy był widok gór pokrytych mgła zaraz po wschodzie słońca – ten widok zostanie mi w pamięci na długo. Co bym poprawił z perspektywy czasu? Na pewno więcej jadł i wolniej zaczął, bo gdy się zorientowałem, było już za późno, kryzys zwalił mnie z nóg. Mimo że liczyłem na lepszy czas, to i tak jestem z siebie bardzo dumny i wiem, że nie liczy się czas i miejsce na mecie, ale to, że robię to co lubię, robię to dla siebie, dla pokonywania kolejnych granic, poznawania siebie i to jest dla mnie najważniejsze

Pozdrawiam

Tomek ultra maratończyk 🙂

Grupa Biegowa “Sieradz biega”

Powiązane Posty