Deszczowy krakowski maraton – relacja Rafała Błaszczyka

Do Krakowa wyjeżdżaliśmy w strugach deszczu i z obawami, czy bieg w ogóle się odbędzie. Alarmistyczne doniesienia o pogodzie na południu Polski, zagrożenie powodziowe i podtopienia sprawiły, że po drodze szukaliśmy komunikatów organizatora XIII Cracovia Maraton. Wreszcie pojawiła się informacja, że ze zmienioną w ostatniej chwili trasą, ale maraton jest. Wieczór przed zawodami, zwłaszcza maratonem, to pora szczególna. Wszystko już raczej zrobione: przygotowania treningowe, starty sprawdzające, dieta, dobór stroju (z przypiętym numerem startowym)….i prawie słychać Korę, która śpiewa: ”Ocean wolnego czasu, Kraków, Kraków, Kraków”. Ale o spokój trudno. Rozmowa koncentruje się głównie na omawianiu pogody, przewyższeniach trasy, zakładanych czasach i międzyczasach (tak zwanych oczywiście). Jeszcze tylko krótki spacer po Rynku, powrót do hostelu położonego tuż obok (ul. Św. Tomasza) i spać (o 22). A Kora dalej śpiewała: „Wódka za wódką , głowa w dymie, alkohol leje się strumieniem….”.

Niedzielny chłodny i bezdeszczowy (póki co) poranek pozwalał uwierzyć, że będzie dobrze. Potruchtaliśmy trochę po Małym Rynku i Floriańskiej, a po rozgrzewce, tuż przed startem, spotkanie z Magdą Narel – zawodniczką, lekkoatletką, teraz kibicką doskonałą (Magda na moście było mi potrzeba Twojego dopingu) i jej mężem Sławkiem – Kraków był jego 93 maratonem, współorganizatorem Łódź Maraton Dbam o Zdrowie. I do roboty…

Pierwsze kilometry zgodnie z planem (zakładałem, że w Krakowie zejdę poniżej 3:40:00), zacząłem nawet zyskiwać lekki zapas czasu (na połowie dystansu prawie minutę), ale wiadomo, że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze, więc trudno było, na tym etapie o samozachwyt. Tym bardziej, że pierwsza pętla pokazała wymagania trasy. Organizatorzy nie byli łaskawi: kilka kilometrów na każdej z dwóch pętli urozmaicili podbiegami, które w sumie dawały ponad 300 metrów przewyższenia.

Około 30 kilometra połykając ostatni żel (nazwa firmy się nie pojawi, bo to byłaby reklama) pomyślałem, że może się uda pobiec nawet lepiej niż zakładałem. Siły były, głowa mocna i świadoma, lał już deszcz, więc o przegrzaniu nie mogło być mowy.

Żelowe wspomaganie zaplanowałem (po jednej saszetce 45g.) na 10, 20 oraz 30 kilometrze

i był to dobry plan. W tym miejscu również duże uznanie dla wszystkich wolontariuszy obsługujących na trasie punkty odżywcze. Byli aktywni, nie brakowało wody, izotoników, czekolady i bananów. Odebranie kubka odbywało się właściwie bez utraty tempa i rytmu biegu.

Czas, który pokazywał mój Garmin na 38 kilometrze był nadal lepszy od zakładanego i pozwalał na jeden wniosek: teraz już nie można odpuścić. Mimo zmęczenia i chęci chociaż chwilowego zwolnienia biegu. Jeszcze 4 kilometry i aż 4 kilometry  Ostatnie dwa, to jednak bieg wśród licznie przybyłych kibiców i mieszkańców Krakowa, którzy nie oszczędzali gardeł dopingując biegaczy. Wbieg na Rynek i koniec. Czas: 3:36:45.

Zmęczenie, medal, woda i satysfakcja. „Piątka” z  Tomkiem, Arturem i Jackiem (to był jego 99 maraton!).Trzy rekordy życiowe i przedostatni krok Jacka do elitarnego klubu Stu Maratonów.

Podziękowania dla wszystkich wolontariuszy w biurze zawodów, na trasie i mecie, organizatorów i kibiców.

Rafał Błaszczyk

Grupa Biegowa “Sieradz biega”

Powiązane Posty