O tym jak para ultrasów zaliczyła maraton Silesia

980 Rok temu ukończenie dla mnie maratonu było nie lada wyczynem. Dziś mam półtora roku regularnego biegania za sobą i ukończenie dystansu 42195m nie robi na mnie większego wrażenia. Nie boję się tylu kilometrów. 4 dni po 12 godzinnym biegu w Rudzie Śląskiej wiedziałem, że mam się stawić ponownie na Śląsku tym razem w Katowicach na IV edycji Silesia Marathon. Okazało się, że razem ze mną będzie też biegła Agata Matejczuk. Dobrze biegać ze znaną twarzą. Mój plan był taki, żeby po prostu biec. Nie na rekord ale po prostu bawić się bieganiem poznawać nowe osoby na trasie wymieniać się doświadczeniami etc. Zobowiązałem się biec z flagą fundacji Krwinka. Pogoda zapowiadała się na równie upalną jak podczas wspomnianego biegu w Rudzie. Organizatorzy nie zaprosili nikogo z czołówki polskiej ani żadnego biegacza czarnoskórego. Nie wiem czemu. 9:00 start. Uśmiech na twarzy i tup tup tup. Spokojne miażdżenie ubitego asfaltu wywoływało u mnie niepohamowaną chęć przyspieszenia. Ale nic z tych rzeczy. Gdy po kilku km stawka uczestników się lekko przerzedziła mogłem w spokoju wybrać "ofiarę" do nowej znajomości. Wybór padł na debiutanta. Starszy ode mnie i widziałem strach w jego nogach. Przez moment mijaliśmy się z biegaczami szybciej biegnącymi i spostrzegłem Agatę. Przyjazne pozdrowienia ręką potrafią zdziałać cuda na trasie biegu. Ja starałem się wpoić w "mojego" debiutanta tyle nadziei i wiary w ukończenie pierwszego maratonu ile mogłem. Później straciłem go z oczu. Raz biegłem trochę szybciej raz wolniej. Tuż przed 25km dojrzałem Agatę. Nie biegła. Maszerowała. My biegacze powinniśmy trzymać się razem i wspierać. Postanowiłem dotrzymać jej kroku i tak przeszliśmy dobre 4km co bynajmniej nie wpłynęło destabilizująco na nas. W międzyczasie na jednym z punktów odżywczych zwyczajnie stanęliśmy i 2 minuty jedliśmy banany i piliśmy mając z tego niezły ubaw. Później postanowiliśmy trochę się przebiec i znów pomaszerować. Po drodze okazało się, że jest jeszcze kilka osób tak samo zdrowo porypanych i uzależnionych jak my. Mam na myśli tych co biegli w sobotę 12h a teraz dla relaksu niejako dla roztruchtania ot tak sobie śmiga z Katowic do Chorzowa przez Siemianowice. Trasa była dość trudna upstrzona podbiegami i zbiegami. Czas nam umykał na miłej pogawędce. Gdy wbiegliśmy do WPKiW w Chorzowie (największy park w Europie) już biegliśmy do mety po drodze mijając samego b. dowódcę GROM-u generała Romana. Mijając tych co szli staraliśmy się zachęcić ich do biegu. W wielu przypadkach poskutkowało. Linię mety przekroczyliśmy razem z tym samym czasem 4:24:02 co nie powala na kolana ale nie zawsze powinno się lecieć na łeb na szyję po rekord. Uważam, że jedną z najważniejszych cech biegacza-amatora powinna być umiejętność rozgraniczenia kiedy można lecieć na życiówkę a kiedy biec dla samej idei biegania bawiąc się przy tym. W całym maratonie zwyciężył Grzegorz Czyż z czasem ... 2:42:04 natomiast wśród pań Ewa Kalarus 3:11:44. Tego dnia choćby się chciało zrobić życiówkę to w tych upalnych warunkach byłoby mega trudno. Sama organizacja jest na wysokim poziomie choć oczywiście jak na każdej imprezie tego typu są wady i zalety.

Robert "BADYL" Sobczak

biegampolodzi.pl TEAM

Opublikowano w: