Urlop - tydzień „nicnierobienia” z bieganiem w tle

W tym roku przypadło nam pierwszy raz wyjechać na urlop bez Filipa, który cały lipiec pracował, a pierwsze 3 tygodnie sierpnia miał spędzić na obozie. Nasz urlop zaplanowaliśmy w trakcie jego obozu - lecimy na tydzień „nicnierobienia”, gdzie i kiedy: zdecydujemy w ostatniej chwili.

04.08.2017: piątek, piąteczek, piątunio … urlop. Nie udało się skończyć pracy zbyt szybko, ale lepiej późno ... A jak urlop, to i trzeba nadrobić zaległości, czyli zaczęty przed kilkoma dniami „remont” balkonu. Po zakończeniu pracy na balkonie, lekko zmęczeni usiedliśmy do komputera, szukając jakieś „dobrej” oferty. Do wieczora nie udało się nam podjąć decyzji, zmęczenie wygrało. Sobotni poranek, to (dla odmiany) Parkrun, a po nim ponowne wertowanie ofert. W końcu zdecydowaliśmy: w nocy wt/śr lecimy na Korfu.

Nie byłbym sobą, gdybym mając termin i miejsce, nie sprawdził, czy na wyspie w tym czasie nie ma jakiegoś biegu. Google odesłało mnie do RunningGrece, gdzie znalazłem ofertę wyjazdu na biegi 5 i 10km na zachodnim wybrzeżu z kilkoma podstawowymi informacjami o imprezie. Znalazłem stronę organizatora – tylko po grecku. Przekleiłem opis imprezy do google translatora, wyszedł z tego zabawny tekst, ale co nieco można było zrozumieć. Bieg zapowiadał się ciekawie, start wieczorem godz. 19:00 przy plaży, meta we wiosce na górze 90 metrów wyżej. Dla dorosłych dwa dystanse: 5km oraz 10 km z sumą przewyższeń ok 180m (dla mnie to góry). Nie ufając zbytnio googlowskiegu tłumaczowi, napisałem do organizatorów prośbę o krótki opis imprezy w j.angielskim. Po chwili dostałem odpowiedzi wraz z informacją, że będziemy mogli zapisać się w dniu imprezy przed biegiem. Pozostało mi wtedy namówić Kasię na to, że niedziela 13.08, to odpowiedni dzień na wcześniej planowane objazdowe zwiedzanie wyspy zakończone wietrzeniem płuc lekko ciepłym powietrzem. Nie usłyszałem „Nie”, ale podejrzenie, czemu akurat wybraliśmy na urlop Korfu J.

W sobotę 05.08 kino i kolacyjka na mieście („…wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma w domu dzieci …”). Do wtorkowego poranka uporaliśmy się z położeniem i wyfugowaniem płytek na balkonie. Można by otworzyć piwo na odnowionym balkonie … ale za kilka godzin trzeba samochodem gonić na lotnisko do Warszawy, co się odwlecze ... uprzedzę fakty: nie uciekło :-)

5121

W środę rano zgodnie z planem zaczęliśmy „nicnierobienie”. Korfu - słońce, basen i jeszcze inne atrakcje w stylu „all”. Od razu zarezerwowaliśmy na niedzielę samochód, aby zrealizować plan wstępnie zarysowany w Łodzi. W piątek autobusem wybraliśmy się do stolicy wyspy, kilka godzin zwiedzania starego fortu oraz starego miasta. Niezły wypoczynek, ale jak to kiedyś Zibi do Laty powiedział: „chciałeś rower, to pedałuj”. Jeżeli w niedzielę chcemy też trochę pospacerować i pobiegać, to na sobotę znowu zaplanowaliśmy tytułowe „nicnierobienie”.

13.08 niedziela: po śniadaniu ruszyliśmy na zachodnie wybrzeże w stronę Paleokastritsy. Rozsławione wybrzeże, plaże i zatoki robią niesamowite wrażenie.

5122

Po drodze do Achillionu mieliśmy jeszcze zaplanowane wizyty w Liapades i Pelakas.

Zaparkowaliśmy samochód i spacerkiem skierowaliśmy się do „centrum” Liapades. Jeżeli ktoś chce zobaczyć prawdziwą grecką wieś, to jest to dobre miejsce. Wąskie uliczki, podniszczone domy i rynek. Główny plac ma 10x15m, po środku drzewo, po bokach kawiarenka, sklep i kościół. Oczarowani miejscem usiedliśmy na murku „nic nie robiąc”. Zagadnął nas stary Grek, pytając skąd jesteśmy. On nie znał angielskiego, my po Grecku tylko kilka podstawowych zwrotów z przewodnika, więc dużo zrozumiałej treści nie wymieniliśmy. Jedyne co nam przekazał, to „Polska dobra robota”, do dziś nie wiemy, czy on kiedyś pracował w Polsce, czy jakiś Polak pracował u nich, czy może jakiś jego znajomy był w Polsce. Na dowód tego, że we wsi nie mieszkają tylko starzy ludzie, znaleźliśmy przedszkole.

5123

Kolejny cel, tron Kaizera w Pelekas. Zanim tam dojechaliśmy, niepotrzebnie skręciłem w kierunku plaż. Przejazd wąską stromą i krętą ulicą podniósł nieco ciśnienie głównie za sprawą paniki Kasi. Dotarliśmy do właściwego Pelekas, ale po co wjechać samochodem na górę, jak można zostawić go kilometr wcześniej i zasuwać pieszo (planowo mieliśmy się oszczędzać na wieczorny bieg). Z tarasu widokowego 3600 rozciąga się widok na większą część wyspy  oraz wybrzeża Albanii.

5124

Ostatnim celem naszego zwiedzania tego dnia był Achillion, letnia rezydencja austriackiej cesarzowej Elżbiety II - Sissi. Przepiękne ogrody ozdobione rzeźbami oraz sam pałac są obowiązkowym miejscem, które trzeba odwiedzić będąc na wyspie.

5125

Ok. godz.17tej dotarliśmy się na miejsce startu. Znaleźliśmy namalowaną na asfalcie linię startu, ale o biurze i samych zawodach nikt nie słyszał. Po chwili pojawili się pierwsi biegacze i organizatorzy. W oczekiwaniu na możliwość zapisu, poszliśmy na plażę, gdzie smagani porywistym wiatrem i noszonym nim pisakiem odpoczywaliśmy i relaksowaliśmy się. W niedzielę, w odróżnieniu do poprzednich dni nie było upału 35-40OC, tylko przyjemny chłodek 27-280C – specjalnie dla nas. Wypełniliśmy formularze startowe oraz odebraliśmy pamiątkowe koszulki z logo biegu. Co ciekawe, nie było wpisowego. Kasia wybrała bieg na niespełna 5km, ja dłuższy dystans. Przed startem zrobiliśmy rozgrzewkę, a resztę czasu poświęciliśmy zdjęcia i na rozmowy z innymi biegaczami.

5126

Poznałem faworyta zawodów, sympatycznego miejscowego Greka, który wygrywał poprzednie edycje tego biegu. Okazało się, że życiówki w półmaratonie i maratonie mamy niemal identyczne. Za nim przemawiało większe przyzwyczajenie do temperatur, kilka lat mniej na karku oraz znajomość trasy, przeciwko mnie ostatnie dni spędzone na hotelowym „nicnierobieniu”. Jedyny mój atut, to fakt że nic nie musiałem, tylko mogłem. Liczyłem też na to, że może Grek okaże się gościnny (przeliczyłem się). Zawodnicy obydwu dystansów startowali razem, po niespełna 2km trasa 5km skręcała w lewo pod górkę. My pierwsze 3km biegliśmy wzdłuż linii morza. Wystrzał startera i ruszyliśmy. Nie oglądając się na nikogo, ruszyłem swoim tempem, wiatr w plecy nie przeszkadzał, do tego było w miarę płasko. Pierwsze 3km w tempie 3:45 spędziliśmy z faworytem na rozmowie. Poinformował mnie, że koledzy przed nami biegną na 5km, ale i tak jeszcze przed rozdzieleniem tras ich wyprzedziliśmy. Na trasie było bardzo dużo kibicujących, wszyscy znali biegnącego ze mną Greka, dzięki czemu i ja miałem dodatkowy doping. Po 3 kilometrach zbiegliśmy z asfaltu na leśne ścieżki, gdzie było kilka delikatnych podbiegów i zbiegów. Przebiegając przez gaje oliwne, orzeźwienia dodawał przyjemny zapach mięty. Na każdym najmniejszym skrzyżowaniu ścieżek były znaki wskazujące drogę, na większości z nich stali również wolontariusze. W połowie trasy można było skorzystać z wody. Od 7 km zaczęła się poważniejsza „wspinaczka”. Po chwili wbiegliśmy do miasta, gdzie nasza trasa w jednych miejscach krzyżowała się z trasą krótszego dystansu, a w innych pokrywała się. Ostatnie 2km to bieg wąskimi krętymi uliczkami wśród tłumów kibiców. Gigantyczną robotę wykonali tutaj wolontariusze. W jednej chwili musieli na podstawie koloru numeru (oznaczenie dystansu) oraz strony z której nadbiega dany biegacz pokierować go w odpowiednią stronę. Ostatnia prosta to „piątki” przybijane z ustawionymi dziećmi oraz dumną Kasią, która wcześniej ukończyła swój bieg. Zająłem drugie miejsce, tracąc 45s do zwycięzcy, z przewagą prawie 4 minut nad trzecim zawodnikiem z Niemiec - Florianem. W oczekiwaniu na dekoracje poznaliśmy przemiłą parę z Tarnowa. Koleżanka, podobnie jak ja, zajęła drugie miejsce na długim dystansie. Po biegu wszyscy zostali na rynku, bawili się, rozmawiali. Najgłośniej oklaskiwane były dekoracje dzieci, które ukończyły dystans jednego kilometra. Chwilę później były występy artystyczne dziewczynek. Przez nie wpakowaliśmy się w małe kłopoty. Organizator zawodów zapewniał transport z mety na linię startu – dla osób, które zostawiły samochody przy plaży (odległość ok. 5km). Autobus miał odjechać o godzinie 21:00, ale jak to u Greków bywa, 21:00, to przecież to samo co 20:45 jak i 21:30. Tym razem niestety była ta pierwsza opcja, za pięć dziewiąta nie było śladu po autobusie. Zostaliśmy „na lodzie” z kolegą z Niemiec Florianem oraz kilkoma miejscowymi Grekami. Na ratunek przyszedł Florian, zadzwonił do żony (wynajmowali domek niedaleko linii startu) i poprosił ją aby po nas przyjechała. Gdy czekaliśmy na małżonkę Niemca, podjechali do nas poznani przed chwilą miejscowi Grecy rozlatującym się pickupem z propozycją podwózki. Mając już zapewniony transport, nie wiedząc ile dokładnie piwek przyjął w niedzielny wieczór kierowca, zrezygnowaliśmy z uprzejmości Greków i transportu na kipie. Sympatyczni Niemcy podwieźli nas do naszego samochodu. Powrót do hotelu, 40km już bez żadnych przygód –  zdążyliśmy jeszcze na zimne piwko w barku.

5127

Podsumowując imprezę biegową nie potrafimy ukryć zachwytu. Przesympatyczna atmosfera, dobra organizacja, oznakowanie trasy i praca wolontariuszy rewelacyjna. Udział w imprezie udało nam się połączyć z planowanym zwiedzaniem wyspy. Czego chcieć więcej. Cała niedziela: 110 km w samochodzie, kilkanaście w biegu, kilka na spacerach i zwiedzaniu – może trochę męczące, ale nikt nam nie kazał.

5128

Pozdrawiamy i życzymy spontanicznych decyzji

Piotr i Kasia Rosiak