Szalik

4840 Siedzę sobie z Lesiakową na zacienionych schodkach technicznych zaplecza supersamu. Siedzimy, sączymy z tytki nabyty wcześniej w tymże supersamie napitek i czekamy na autobus. Jest końcówka lata, godziny popołudniowe, dzień słoneczny, bezwietrzny i do tego niedziela. Podjeżdża autobus. Ludzie wysiadają. Podjeżdża następny. Ludzie wysiadają. My se siedzimy i się gapimy. Nagle z jednego autobusu jakiś koleś wysiada tyłem.
Trącam Elkę : patrz jaki frajer.
Elka na to : kup se okulary, przecież to Badyl.
Faktycznie Badyl, wyjście teatralne z tego autobusu zaaranżował sobie i dalej też, kaczym krokiem, ledwo przesuwa się naprzód, zerkając wkoło, wzrokiem szukając świadków swojego cierpienia. Mnie i Elkę takie tanie aktorstwo nie wzrusza. Siedzimy i dalej czekamy na autobus, sącząc z tytek magiczne treści. Przyglądam się obutej w basenowy klapek własnej prawej stopie. Że w klapkach na miasto w niedzielę, to wiocha ? Sorry – te klapki to ja mam obute w Uzdrowisku i to jest właściwy temu miejscu dres kod (moim zdaniem). Czas się dłuży. Tępo spoglądam przed siebie na długą prostą bulwaru, łopoczące  wielobarwne flagi i dywany kwiatowe. Sielanka. Nagle, jak bomby, spadają na nas dwie zdyszane baby.  To Miśkowa z Badylową impulsywnie szukają szampana. Wskazujemy im drogę do wejścia supersamu, gdzie bez problemu nabędą takowy.

Tu zaczyna się akcja.

Bo gdzie RysioTeam musi być dym. Przyjeżdża wreszcie z Jaworzyny autobus z resztą  naszej ekipy. Teraz, w komplecie, możemy się udać linię mety krynickiego festiwalu popatrzeć jak finiszerzy Iron Runa robią Monte Carlo. Nasi – klubowi. Duma jest ogromna.

Do opisania czym jest Iron Run nie posiadam uprawnień, więc rozwodzić się na ten temat nie będę. Ogólnie to takie dożynki na własne życzenie. Ludzie dożynają się tam etapowo. Gdy parę lat temu powstawała idea tego biegu rozpisany był konkurs na nazwę cyklu. Oczywiście, że zgłosiłam wtedy swoją propozycję – Dożynki Biegowe, jako dalekie odniesienie do prognozowanej rzeźni. Wygrała nazwa Iron Run. Czy finiszują w tym biegu ludzie ze stali, czy ludzie totalnie dorżnięci, to kwestia spojrzenia.

Kiedyś na łamach biegowej prasy jeden z łódzkich speców od biegania wyraził swoją negatywną opinię na temat tak długiego i wyczerpującego biegania. W sensie sportu zawodowego i amatorskiego muszę stwierdzić : nie miał racji. Może nie tyle racji, co również uprawnień do wyrażania swoich poglądów. Tu - miarodajną siłą może wypowiedzieć się tylko psychiatra. Bo to sprawa głowy, a nie kończyn dolnych. Jeżeli komuś w jakimś etapie życia zamarzą się rozrywki „dożynkowe” to już kaplica. Przypadłość chroniczna. Będzie boleć, bo choroba musi boleć. Ale jaka z tego bólu jest radocha na mecie. Oto wszystko. Całe emocje.

Jednak zrobię ten szalik, choć to może głupie i niestosowne do mojej entej już osiemnastki. Jest okazja by się sprawdzić w tej dziedzinie i szalik nie byle jaki: biało-czerwony. Plan taki by robotę rozpocząć 8 kwietnia i po pełnej dobie skończyć 9 kwietnia. 24 jednogodzinne paski naprzemiennie: biały – czerwony. Godzina dziergania w jednym kolorze, godzina w drugim. Druty numer 5, włóczka „Puchata Kotka” krajowej produkcji. Wystarczy 12 motków za około 80 zł. Dam radę bez snu. Szalik oczywiście prezentowy dla najlepszej dziewczyny. Jak mi się Organizatorzy zgodzą to wydarzenie z tego zrobię na fejsbuku. Nazwa " Piknik Kibica pod Gwiazdami" w kwestii części nocnej na przykład. Jak się nie zgodzą - trudno, będę dziergać nielegalnie pod parkową latarnią.

Tytułem zakończenia.

Misiek z tym hamburgerem to była przesada. Ta chwila, gdy dziewczyny latały opętane po całej Krynicy i szukały dla was szampana,  była jedną z tych, co wykręcają łzy z oczu. Sukces był wasz wspólny.