„SZAKALE PO MARATONIE – NAJLEPIEJ WYPOCZYWA SIĘ W DRODZE” Accenture Vietnam Marathon Expedition 2017

5118 Po maratonie nie było czasu na wylegiwanie się. Kilka zdjęć na mecie, taksówką do hotelu, szybki prysznic, „dopak”, obiadek (czyli micha gorącej zupy przy temperaturze w cieniu około 40 stopni) i ruszyliśmy na północ. Od razu coś sobie wyjaśnijmy – mimo że odtąd przemieszczaliśmy się już tylko w stronę naszego bieguna, nie robiło się wcale chłodniej, kolejne dni były coraz bardziej upalne, a duchota „szła na rekord”. Jedyny luksus, na jaki pozwoliliśmy sobie w ramach odpoczynku po zawodach, to wybór środka transportu. Do kolejnego miasta dotarliśmy klimatyzowaną taksówką, oczywiście w szóstkę, z bagażami, jedną. Przyczyną nie było sławne szakalowe skąpstwo, po prostu znaczny odsetek taksówek, to pojazdy z właśnie tyloma miejscami, czyli do poruszania się po Wietnamie szóstka to bardzo dobra ekipa. Taksówki nie są tu drogie, za 120 km. zapłaciliśmy 1.200.000 dongów, czyli około 55 dolarów. A dotarliśmy pod sam hotel.

Hue to stara stolica Wietnamu, od 1802 do 1945 r. rezydował tu monarcha, którego dwór działał, nawet gdy kraj stał się kolonią francuską. Cesarz z dynastii Nguyen (Maciej: „w tym roku miałem wietnamskiego Studenta noszącego właśnie takie nazwisko, wstyd przyznać - nie wiedziałem, z Kim mam do czynienia, przepraszam Wasza Wysokość”) musiał mieć swój odpowiednio liczny dwór, który rezydował w tzw. Cesarskim Mieście. Całe dawne Hue zajmowało kwadrat otoczony dwoma kanałami (z jednej strony Rzeką Perfumową) oraz murami obronnymi – o boku ponad 1,5 km. Mniejszy, wewnętrzny kwadrat, też z murami i fosami, stanowiło właściwe Cesarskie Miasto. Doznało ono wielkich zniszczeń w czasie wojny amerykańskiej i kluczowe obiekty zostały odbudowane. Było zatem co zwiedzać, choć spacer po cesarskich pawilonach przypominał raczej maszerowanie w saunie.

Z Hue busem i – oczywiście – taksówką, dojechaliśmy do turystycznego miasteczka Phong Nha (czyt: pfong ńja). Osada składa się z jednej tylko ulicy, przy której szeregiem stoją hotelo-knajpy i biura podróży. A tuż za nimi wznoszą się pionowe ściany stromych wzgórz z grzywami ciemnozielonej dżungli i skalnymi zębami. Przy obiadku robimy quiz – na jakiej jesteśmy wysokości bezwzględnej. 

„Tysiąc pięćset?”

„Dwa?” 

„Osiemset?” 

„Ale w sumie dużo nie podjeżdżaliśmy...”

Odpowiedź, którą dał nam gps w zegarku, wprawiła nas w osłupienie. „Piętnaście metrów??? Ale jako to...?”

Nazajutrz dzień pod znakiem jaskiń. Nie decydujemy się na zorganizowaną wycieczkę kupowaną w hotelu (za dwie jaskinie, przejazdy, żarcie – około 45$), ale ruszamy sami taksówką (dzięki czemu wydaliśmy po około 30$ na głowę za te atrakcje). Najpierw do Paradise Cave. Jedyne dwa minusy to temperatura z duchotą (odczuwalna zwłaszcza przy pokonywaniu kilkuset skalnych stopni podejścia), a także towarzystwo – nie chodzi oczywiście o obecność innych, choć zapoconych, Szakali, ale o to, że na trasie, delikatnie rzecz ujmując, nie jesteśmy sami. Widok groty zatyka dech w piersiach. Zastanawialiśmy jak w polszczyźnie można zgrubić wyraz „jaskinia”, chyba się nie da, więc trudno opisać to, co widzieliśmy. Gigantyczne podziemne hale, pewnie w kilku miejscach na wysokość i długość zmieściłyby się wieżowce z łódzkiego Osiedla Jagiełły. Stalaktyty o rozmiarach bloków, wapienne draperie o szerokości i wysokości kilkunastu metrów. Słowa tego nie oddadzą, na szczęście zabraliśmy ze sobą zdjęcia. Ale i tak lepiej te cuda zobaczyć na żywo. Uśmiechamy się, gdy nazwę jaskini tłumaczymy na polski. Jaskinia Raj. Prawie taka sama, ale jednak jest drobna różnica. I nie chodzi tylko o to, że w wietnamskich jaskiniach jest ciepło prawie tak jak na zewnątrz.

Potem ruszamy do Phong Nha Cave. To wycieczka rzeką, bilet obejmuje wynajęcie łodzi (cała dla naszej gromadki), oczywiście ze sternikiem (znajomość angielskiego, jak zwykle tutaj, zerowa, by nie powiedzieć – ujemna). Za to potem w jaskini spotkamy wietnamską rodzinę, której wszyscy członkowie mówili biegle po polsku. Okazało się, że to turyści z Warszawy, którzy przyjechali na miesięczną podróż po ojczyźnie.

Do tej jaskini nie ma żadnych stopni. Nawet nie musimy wychodzić z łajby, rzeka płynie tunelem, oczywiście jest w nim coraz ciemniej, choć i tak da się podziwiać wapienne nacieki. Daleko im jednak do tych porannych, ale przecież tym razem chodzi raczej o rzekę, a nie o stalagmity i stalaktyty. One oczywiście też tu są, aby je podziwiać kawałek trasy pokonujemy jaskiniowym korytarzem.

Kolejny etap podróży to miasto Ninh Binh. Tym razem podróżujemy autobusem i to nocnym, więc odpada koszt noclegu. Bilety można kupić w hotelu i to hotel staje się dworcem, bowiem pojazd odwiedza wszystkie noclegownie zbierając pasażerów. Nocnym wietnamskim autobusom warto poświęcić kilka słów. Bagaże powędrowały do luku – i to chyba koniec podobieństw. Na schodkach od kierowcy dostaliśmy foliowe torebki. 

- „Nie trzeba, ja nie rzygam w autobusach”. 

- „Buty zdejmować!” nakazał facet za kierownicą, oczywiście na migi. 

Potem do wyboru dwa korytarze we wnętrza pojazdu. Tego jeszcze nie grali. Oddzielają one trzy rzędy prawie-łóżek, czyli bardzo rozłożonych foteli, na dwóch poziomach. Każdy wskoczył na swoje wyrko i jazda w Wietnam. Problem stanowiły tylko nasze stopy. I chodziło nawet nie o to, że zdjęliśmy buty (przed podróżą braliśmy kąpiel), ale o to, że kończyny trzeba umieścić w plastikowej trumience, dostosowanej do wielkości stopy dziecka. A taki Maciej nosi buciki w rozmiarze 47... Dlatego szybko wykluczyliśmy spanie na wznak. A może to celowy zabieg, by nikt nie chrapał? Sprytne te Wietnamczyki.

Rano pobudka o 5. Ninh Binh (czyt.: Niń Biń).  Po kawce odnajdujemy nasz hotel (jak wszystkie inne rezerwowany przez booking.com) i na zwiedzanie. Rano znów łódź i znów jaskinie. Miejsce zwane Tam Cȏc. Dwuosobowymi łodziami posuwamy się w górę rzeki, przepływając przez trzy tunele w wapiennych górach. Główna atrakcja to sposób wiosłowania – sternik wiosła wprawia w ruch stopami, jakby je trzymając. Ładnie, po bokach strome wzgórza; to podobno namiastka Ha Long Bay.

Potem wpadamy do Hoa Lu, stolicy tego kraju w czasach Mieszka I. Dawne obiekty się nie zachowały, jest kilka świątynnych pawilonów z posągami cesarzy. I oczywiście gorąco jak w piekle.

Na deser wietnamski Licheń. Pagoda Bai Dinh, której budowę ukończono w 2010 r., więc nie ma jeszcze statusu zabytku. Na szczęście jest tak wielka, że nie czujemy obecności tłumu. Setkami stopni mozolnie pniemy się w górę, wzdłuż szeregu kilkumetrowych posągów arhantów – czyli oświeconych uczniów Buddy.  Na zejściu, inną drogą, też będą. Nic dziwnego – jest ich tu w sumie pięćset, każdy inny. Arhant z psem, uczeń Buddy bijący pięścią węża po głowie, inny z czterema palcami w górze, kolejny z dwoma, itd. W ścianie też posagi Buddy, mniejsze, złote (przynajmniej z koloru), w szklanych terrariach. Tych już są na pewno tysiące, po ustawiono je na trzech poziomach. Zapewne figury wotywne.

Jest też gigantyczna stupa (wielopoziomowa wieża). Odpuszczamy wejście na szczyt – za gorąco, poza tym nogi jeszcze wspominają maraton. Za to pełzniemy do głównej atrakcji. Na szczycie wznosi się stutonowy posąg. Budda oczywiście, ciężki, to i wielki, do tego grubiutki, z pyzatą sympatyczną buzią patrzy ze wzgórza na wietnamski świat. Potem zaglądamy do świątynnych pawilonów. Są oczywiście odpowiednio wielkie, w tym największym, najwyżej położonym natrafiamy na trzy wielkie złote figury. Budda – przez przypadek. A u podnóża schodów – kolejny. Ten bez złocenia, za to chyba najlepiej odżywiony ze wszystkich. Uduchowieni, natchnieni, wzmocnieni pocieraniem kolan kolejnych posagów podczas zejścia, ruszamy do hotelu, na spotkanie z klimatyzacją. Chwycimy zaraz za przewodniki, by planować dalsze etapy ekspedycji. Nazajutrz ruszamy do sławnej Ha Long Bay.

Opublikowano w: