Los Angeles Marathon - relacja Mariusza

3352 LA Marathon -  brzmi ciekawie, tak więc musi być ciekawie. W końcu maraton w Mieście Aniołów. Nie wiem, od czego zacząć pisać. Najważniejsze jest to, że był to mój najlepszy maraton (do porównania miałem Chicago Marathon i Paris Marathon). Nie mam na myśli wyniku, bo on nie należy do najlepszych, ale wszystko inne, organizacje, atmosferę. Zacznę od początku. Miałem okazje biegać już wcześniej w LA, ale nie spotykałem wielu biegaczy, może nad oceanem, już więcej wzdłuż plaży. Ale w dzień odbioru pakietu już można było poczuć jednak atmosferę dobrego maratonu - tysiące biegaczy w jednym miejscu. Już na wejściu w informacji odnośnie pakietów, wolontariuszka wiedziała, gdzie jest Polska, nawet u nas była :) i stwierdziła, że jest bardzo zimno :) Faktycznie, w LA zima na całego - 31 stopni. Odebraliśmy numery. Piszę odebraliśmy, ponieważ moja siostra stwierdziła, że też pokona maraton :)

Expo biegowe wielkie, ale z tym się już spotkałem przy tak wielkich imprezach – wykłady, konkursy spotkania z biegaczami. Można dwa dni spędzić w expo i poczuć raj biegowy dla gadżieciarzy minimalistów - każdy coś tu znajdzie. Sobotni wieczór przed maratonem, hmm właśnie tutaj coś pięknego - cała trasa od Doger Stadium, gdzie znajdował się start, aż po Santa Monica, gdzie była meta, wzdłuż trasy maratońskiej biły laserowe światła w kierunki nieba, widok ze wzgórz Los Angeles nie do opisania, brak słów.

Dzień startu. Trzeba wstać o 4.00, maraton zaczyna się o 6.50, wejścia do sektorów zamykane o 6.30, zajechaliśmy na stadion i tutaj się zaczęło - atmosfera na pełnym luzie. Spotykałem się ze stresem na przednim maratonie, ale tutaj wszyscy na pełnym luzie, brakowało barbecue i piwa, hod dogi były na trasie :) Oczywiście troszkę się spóźniłem na wejście do swojego sektora, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Przed wejściem spotkaliśmy dwóch kolegów biegaczy z Polski :) Miła sytuacja. Poszyliśmy razem już na start.

Bardzo dużo ludzi - około 28.000, przy wschodzie słońca hymn USA, niesamowite odczucie. Zapanowała cisza, powiewały flagi USA.

Rozpoczęliśmy maraton. Planowałem zakończyć w granicach 3:25 -3. 28, ale już przy starcie trzeba jednak dość mocno się przeciskać do przodu i tak przez 6-7 km. W sumie od początku miałem sporo siły i dobrze mi się biegło. Byłem pewien, że w końcówce uda mi się jednak przyspieszyć, ale o tym później.

Lecimy w kierunku Down Town LA, China Town, a następnie na Sunset Bulwar. Zawsze można ponarzekać i tutaj mogę powiedzieć, że troszkę mocniejszych podbiegów było. Oczywiście nie ma co przesadzać - jest odlot pełen :) Biegniemy aż do Hollywood. Z trasy widać słynny napis na wzgórzach, wszystko nadawało klimat, Sunset Bulwar jest bardzo długi. Kolejno biegniemy aleją gwiazd, mijamy Dollby Theater, w którym przyznawane są Oskary, następnie West Hollywood i trasa skręca na Beverly Hills. Już poczułem jednak, że rekordu życiowego nie zrobię, tak więc postanowiłem bezpiecznie cieszyć się z biegu.

Temperatura skoczyła wysoko. Niby wcześnie - 9 rano, ale czekałem tylko od punktu z wodą do punktu z wodą. Nadeszły ostatnie 7 km, które zawsze uwielbiam. Ciekaw jestem, którą nogę złapią skurcze. Co prawda nie złapały mnie, ale jednak opadłem z sił. Postanowiłem sobie lekko przytruchtać aż do mety, w St Monica. Kiedy wyłonił się ocean, wiedziałem że już blisko, szczerze cieszyłem się, nie miałem już siły. Wzdłuż głównej ulicy w St Monica Ocean tysiące kibiców dopingowały. Ucieszony wpadłem na metę.

Medal, jaki otrzymałem jednak wynagrodził i dodał taką kropkę w tym wszystkim i potwierdził mega imprezę. Z ciekawostek - w maratonie wzięła udział szkoła biegania w Los Angeles (3000 biegaczy), 12-13 letnie dzieci biegające maraton i to w czasie poniżej 4h :) Mają moc.

Usiadłem sobie z boku i obserwowałem ludzi kończących maraton. Maraton skończyła grupa strażaków w pełnym ubraniu z butlami tlenowymi, policjantka w mundurze (ludzie robili z nią zdjęcia, chociaż ledwo na nogach stała) oraz żołnierz w pełnym umundurowaniu z wielką flagą. Musiało być im gorąco, temperatura ponad 30, a nawet jeden biegacz z wojskowym plecakiem ciągnął za sobą oponę na łańcuchu. Nie mówię tutaj już o przebraniach, tak tak Elvis - on też był.

Tak sobie siedziałem, myślałem, rejestrowałem w głowie w oczekiwaniu na siostrę :) Ale jej również udało się ukończyć maraton, wielkie gratulacje. Organizacja - nie ma co pisać - pełen profesjonalizm, wszystko idealnie przygotowane.  Po prostu mój najlepszy maraton. Czas jest moim drugim rezultatem w mych maratońskich startach. Wiem, że mogło być inaczej, ale inaczej to mocniejszy trening, a jednak się nie przyłożyłem. Ale tutaj wszystko na luzie było :) Mam wrażenie że jeszcze pobiegnę LA marathon. Pozdrawiam

 

Mariusz Wieła

Grupa Biegowa "Sieradz biega"

Opublikowano w: