Bieg po plaży w Jarosławcu – relacja Rafała Błaszczyka

Znajomi, którzy wiedzieli, że wyjeżdżam do Jarosławca na bieg po plaży z reguły zadawali pytanie: „a jak się biega po piasku?”. Nigdy nie biegałem, ale jako doświadczony zawodnik robiłem minę wskazującą na głęboki namysł, lekkie ściągnięcie brwi i po małej przerwie odpowiadałem:”….ciężko”. Intuicja. Ale bez zbytniego wybiegania w przyszłość. W tygodniu poprzedzającym zawody okazało się, że większość z biegaczy naszego stowarzyszenia deklarujących, od kilku miesięcy, chęć uczestnictwa w tym integracyjno -  sportowym zdarzeniu, w piątkowe popołudnie stawi się w umówionym miejscu i busem należącym do firmy nas wspierającej -„Włochacz” – pojedzie do Jarosławca.

Od czwartku na miejscu był już Tomek Kłos i Prezes Artur, więc wiedzieliśmy, że wybrane i zarezerwowane domki są lokalizacyjnie i standardowo bez zastrzeżeń.

A w sobotę:….relaks, plaża, rozmowy o bieganiu ( i nie tylko), trening na trasie biegu, ryby smażone, ryby z pieca, piwo (przecież byliśmy nad Bałtykiem), biuro zawodów, numery startowe, nasze domowe pasta party (starałem się być Okrasą, Paskalem, Amaro i Makłowiczem w jednej osobie – jeśli się nie udało wybaczcie).

Odpowiedz na pytanie: „a jak się biega po piasku?” znał tylko Prezes Artur (no bo Prezes), no bo biegał już rok temu w Jarosławcu. I odpowiadał:”…..ciężko”.

 A w niedzielę:….start o godzinie 12, wszyscy biegacze wiedzą, że latem to najlepsza godzina do startu, bo temperatura (jak w tym przypadku) około 30 stopni i słońce wysoko.

Tomek Jasiewicz, Mariusz Wieła i Prezes Artur od początku ruszyli mocno, ja z Tomkiem Kłosem, powtarzając: „nie podpalajmy się, plaża przed nami”,  pierwsze trzy asfaltowe kilometry pobiegliśmy po 4:35. Lekko za nami Piotrek Włochacz. Po nich skręt w prawo

i wbieg na plażę. No i nogi wreszcie grzęzną w piachu, wszyscy ustawiają się „gęsiego”, można wyprzedzać, tylko wtedy drogi biegaczu rezygnujesz z lekko wydeptanego szlaku i decydujesz się na przecieranie plażowych ścieżek. Rzut oka na Garmina…. nie napiszę o tym co zobaczyłem.

Forrest Gump w Wietnamie poznawał wszystkie rodzaje deszczu, a my w Jarosławcu poznaliśmy wszystkie rodzaje piasku: piasek sypki szybko usuwający się spod butów, piasek wsypujący się do butów, piasek wpadający z góry, piasek sypany przez dzieci na biegaczy, piasek nasiąkający wodą morską (kiedy wreszcie po nawrocie biegliśmy brzegiem), piasek twardniejący w butach…i to chyba tyle.

Tak na marginesie – większość kibiców na plaży to kobiety.

Na 10 kilometrze organizatorzy zdecydowali się ograniczyć doznania i przez las wbiegliśmy na pas startowy dawnego lotniska wojskowego. Po plaży nieosłonięty, rozgrzany południowym słońcem beton działał naprawdę kojąco (smażąco). Biegłem razem z Tomkiem Kłosem i powoli obaj zaczynaliśmy odzyskiwać dynamikę. Jeszcze tylko końcowy podbieg, ostatni skręt do mety, „kreska”, medal i butelka wody. Za parę chwil zbieramy się wszyscy z „Sieradz biega”. Tradycyjne „piątki”i zdjęcia.

Piloci życzą sobie: „ ilu startów, tylu lądowań”, w przypadku biegu w Jarosławcu życzenia: „ile startów, tylu met” są całkowicie uprawnione. Wystarczy zobaczyć ilu startujących tego biegu nie ukończyło.

Czy będę chciał pojechać do Jarosławca w przyszłym roku? Tak, bo jest to warte polecenia letnie wydarzenie biegowe. Zorganizowane profesjonalnie, z niepowtarzalną trasą (po paru godzinach już tak się o niej myśli). I drugie tak, bo warto spędzić kilka dni z niezwykłymi ludźmi, z którymi łączy mnie wspólna pasja.

Opublikowano w: