Praca marzeń "Na Szczelińcu"

W lutym internety zawojowała fotka Schroniska "Na Szczelińcu" - pracę marzeń rozdają. Praca w miarę dobrze płatna w cudownych okolicznościach przyrody. Post miał rekordową liczbę otwarć, rekordową liczbę udostępnień i zaczynał się tak:
Masz dosyć schematów? Męczy Cię miasto, praca w korporacji, zalew reklam, telewizyjny bełkot? Masz mieszkanie na kredyt we frankach, które mógłbyś wynająć ale nie miałbyś gdzie mieszkać? Nie chcesz żyć w świecie złożonym głównie ze smogu? Możliwe, że mamy coś dla Ciebie!Schronisko „Na Szczelińcu” w Górach Stołowych zaprasza do pracy. Kogo szukamy? - dalej był,  przytoczony wyżej, telewizyjny bełkot dotyczący zalet rzeczonej pracy, niby po ludzku tak napisane, do człowieka – sprytnie tak pomyślane, że każdy kto przeczytał zastanawiać się zaczął – a może. Na końcu piękna fotka:

5326
Do każdego, kto czyta mój wpis, ta reklama schroniska raczej dotarła.


Z tarasu przed Schroniskiem „Na Szczelińcu” roztacza się malownicza panorama, w której gdzieś na wysokości złotego podziału, bardziej z lewa majaczy Schronisko Pasterka _ miejsce kultowe – końcem świata zwane.


Pasterka – akcentowana na wiele sposobów, przeplatana achami i ochami jest tematem wielu kultowych dywagacji – jak to, nie byłaś w Pasterce? (z charakterystycznym poszumem na zębach – Lesiakowa wiesz o co chodzi i czytaj do końca, bo tam jeszcze raz uwieszę się wątka)
Ano, nigdy nie byłam w Pasterce. To znaczy już byłam – na wyjeździe tematycznym – w poszukiwaniu pracy marzeń.
Pasterka to ..., jak już pisałam, kultowe miejsce na końcu świata.

5336
Jak tam dotrzeć ?
W dzisiejszych mało skomplikowanych czasach można dotrzeć samochodem, bowiem przed samymi drzwiami do schroniska wytyczono obszerny parking. Również ja dotarłam tam w sposób mało skomplikowany – na wielbłądzie. To żart – dotarłam na bla bla carze. Wsiadłam przed domem i wysiadłam przed drzwiami schroniska. Krzysiek (kierowca) wniósł mi plecak na schody tego końca świata po zaledwie czterech godzinach od wyjazdu z Łodzi. Krzysiek i jeszcze jeden pasażer na bla-bla jechali do Pasterki pod namiot.


Piątek
Dojechałam, rozpakowałam się, wypiłam kawę, przebrałam za turystkę – ciężkie buty, bielizna termiczna, funkcyjne spodnie, lekki polar i kurtka z rewelacyjną przeciwdeszczownością i oddychalnością. Na buty założyłam nakładki, na głowę czapeczkę ŻWAWO – profeska.
Kijków nie miałam, bo  zostały w przedpokoju z powodu zapomnienia, mapę pożyczyłam od Krzyśka z bla-bla. Do plecaka wrzuciłam czołówkę z zapasowym kompletem baterii, termos z gorącą herbatą, dwa batony energetyczne, banana, dodatkowe rękawiczki i bandankę, portmonetkę i naładowany telefon komórkowy. Około 12. 30 byłam gotowa do wyjścia. Zeszłam na dół do świetlicy, zapytać się załogi gdzie to ja mam iść w te góry na końcu świata?


Otrzymałam prostą odpowiedź; - masz mapę to idź przed siebie.

Dziewczyna na mojej mapie zakreśliła  kółko zakończone królewskim akcentem - szczytem Koroną zwanym, ogólnie miałam się kręcić w okolicach Wielkiej Kupy. Nie naszej – czeskiej. Wyszłam na szlak. Najpierw zielony, potem niebieski, następnie czerwony, by dotrzeć do malowniczej żółtej pętelki, potem znów na czerwony, chwilę zielonym łącznikiem, by znów znaleźć się na żółtym szlaku, który w pewnym momencie przyjął kształt radioaktywnego trójkąta i kończył się nad przepaścią. Piękne góry – prawdziwy koniec świata. Przez całą wędrówkę spotkałam tylko własne myśli. Resecik.

5328
Pogoda wyśmienita, na ziemi śniegu tyle tylko, by pejzaż był zimowy, no i by można było w tym śniegu zostawić własne ślady. W drodze powrotnej, nie wyjmując mapy z kieszeni i nie myśląc zbyt dużo, postanowiłam, po harcersku, do Pasterki wrócić po  własnych pozostawionych na śniegu śladach. Niby droga ta sama, ale z drugiej strony mijane rozdmuchane formy skalne zupełnie niepodobne były do swoich przeciwległych elewacji.

Na wędrówkę wyszłam o 12.30, spacer skończyłam o 17.05, pokonując „na oko” około 16 km,  250 m przewyższenia, kadencję utrzymywałam również „na oko” na  140, długość kroku 104 cm, spaliłam tyle kalorii, że  mimo zjedzenia dwóch batonów w odstępach około dwugodzinnych byłam porządnie głodna, czyli po 275 kilokalorie na „jedno oko”.


Prosto z trasy udałam się na kultową zupę orzechową. Przeczytałam w internetach, że bez selfi z orzechową Pasterka nie wlicza się. O jeżu.


W Pasterce są  trzy rzeczy niedopuszczalne – nie ma zasięgu, nie ma za oknem analogowego termometru i jest ta kultowa zupa.


Autor, autorskiego przepisu na tę wyobrażoną potrawę, inspiracji pewnikiem szukał również błądząc kole Wielkiej Kupy, bo potrawa ta -  smak i wygląd takowy posiada (przykro mi nie mam selfi z zupą).


Może czepiam się niepotrzebnie, bo dnia tego bufet obsługiwał setkę pingwinów z pola namiotowego, ruch był przeogromny. A zupa – smakowała tak;  ktoś wyjął z zamrażalnika torebkę z porcją przygotowanego wcześniej koncentratu, zalał wrzątkiem, na 20 sekund wrzucił do mikrofali, dorzucił trochę zielska z parapetu, bzyknął blenderem, dosypał grzanek, przelał w kubek i wystawił na serwis. Niedobre to było jak psia krew, smak orzechów nie boski - jak w kuchni ormiańskiej, tylko jak w nalewce na żołądek – ostry i jałowy. Po zupie pozostawał gorzko-surowy posmak, nie do ugaszenia butelką piwa. Paskudztwo.


Zresztą piwo w Pasterce niby czeskie, a też takie farbowane. Poniżej 4% nie uświadczysz, dziesiątki nie ma. Wiem, bo spróbowałam wszystkiego co stało w lodówce – moje słowa nie są pisane na wiatr.


Dobra - wybekałam tę zupę w trakcie powrotu do pokoju. Spałam w schronisku, a orzechową straszą w Szczelince – trzy chałupy niżej.


Nocowałam w pokoju sześcioosobowym. Szybko zaprzyjaźniłam się z panem z sąsiedniego łóżka. Kategoria M-30, co prawda na wylocie, ale zawsze M-30. Poszliśmy do jadalni zagrać w szachy. Chłopak był z Bytomia, a ja- dziewczyna z miasta Łodzi – gotowy scenariusz na dobry film polski – zapoznali się w Pasterce na końcu świata. Koleś jak zaczął gadać, to gadał i gadał. Sto razy więcej był wygadany, niż ja wypisana w tym wpisie. Zrobiła się 22.00 – cisza nocna.


Umyłam się, wzięłam ciepły prysznic, bez kolejki skorzystałam z toalety i zasnęłam od razu.


Tego dnia: obudziłam się o czwartej, do plecaka spakowałam trzy razy za dużo ciuchów, dojechałam na koniec świata, wykonałam plan „ małej turystki”, zjadłam najgorszą zupę w swoim życiu, grałam w szachy i zapoznałam chłopaka z Bytomia – dość wrażeń jak na jeden dzień.


Sobota
Obudziłam się grzecznie równo z końcem ciszy nocnej, czyli o 7.00. Zeszłam na dół do jadalni,  zamówiłam naleśniki ze wszystkim – 12zł. Dobre i sycące. Zjadłam, odstawiłam talerz. Spojrzałam za okno - piknie – mój poziom zadowolenia zatrzymał się na 100%.


Wróciłam do pokoju, wypiłam tzw. kawencję. Znowu spojrzałam za okno, też piknie. Zapoznany uprzedniego dnia chłopak był już obudzony i najedzony. To się zgadalim, że razem...by zbytnio nie komplikować – pójdziemy do Czech.

5329
Do Czech na „końcu świata” jest z Pasterki przysłowiowy rzut beretem, do Czech cywilizowanych 50 minut – z górki.


Wyszliśmy ze schroniska, skręciliśmy przed stodołą do lasu i chłopak zwyczajowo rozgadał się; tym razem o tym, jak to kiedyś poszedł w góry z jakimś kolesiem, który gadał bez przerwy, a on szukał spokoju i ciszy. I gadał o tym w kółko, całą drogę – znaczy równą godzinę lekcyjną. A że szliśmy „zielonym” szlakiem z górki i było piknie, słońce świeciło, nie wiało – miałam wrzucone na luz – niech se gada jak musi.


Do granicy Czech doszliśmy dzikim, ledwie przetartym szlakiem. Na granicy rozwinięto przed nami odśnieżony dywanik asfaltowy, którym do bez przeszkód dotarliśmy do gospody restauracyją zwanej.  
Na miejscu było jeszcze zamknięte (w weekendy czynne od 11.30) co nie stanowiło przeszkody, by wejść i zamówić prawdziwego czeskiego piwa z nalewaka i smażonego sera z frytkami.
W momencie otwarcia gospody byliśmy już najedzeni i nawodnieni. Zaczęli pojawiać się ludzie. Egzaltowana dama w kapeluszu na start zamówiła kieliszek koniaku. Karty, to w tym lokalu nie było, każdy przychodził po to, co zwykle –  ja takie klimaty uwielbiam. Chłopak z Bytomia też. Toteż zamówiliśmy po jeszcze jednym „na drugie oko” i chłonęliśmy klimat. O 12.00 wyszliśmy z lokalu, zwiedziliśmy miejscowość i udaliśmy się w drogę powrotną pod górkę.

 
W planach było, że o 13.00 wystartujemy na Szczeliniec. Plany jak to plany. Po powrocie do Pasterki, udaliśmy się do wioski pingwinów, by omówić szczegóły jutrzejszego powrotu na bla-bla, bo trzeba było to zrobić analogowo – w Pasterce nie ma zasięgu. Potem, jak to wiecie, człowiek najedzony i zadowolony kimnął by się na chwilę. Pingwiny o 18.00 szły na nocny masowy atak na Szczeliniec i zastanawialiśmy się czy się do nich nie dołączyć. Suma summarum wyszliśmy około 15.00 – sami - zaopatrzeni w nakładki na buty i czołówki. Po małych perypetiach z interpretacją mapy, która mało literacka była, dotarliśmy do schroniska.

5330
Wtrącenie w głównym temacie:
Dziwne  przeczucie miałam, że większość ludzi, którzy tego weekendu dostali się do Pasterki na internetowego stopa (na bla-bla) przybyła tam z ciekawości „za chlebem” podprogowo właściwie reagując na ogłoszenie „praca marzeń na Szczelińcu”. Osobiście, nominuję do tego cztery nocujące w Pasterce osoby. No bo, jak chcesz wywracać swoje życie o 180 stopni, to musisz wiedzieć czy warto, na własne oczy zobaczyć jak ta sielanka wygląda – a dudki lecą, oj lecą, bo o to w tym ogłoszeniu chodziło – by poleciały dudki.


Szczeliniec – miejsce pracy marzeń – jest zasięg – robię selfi, wrzucam na fejsa –pracy szukam. Od razu 20 lajków – wow. Ktoś z dalszych znajomych pisze; na Szczelińcu nie ma pracy (to akurat wiem, dzieckiem nie jestem). Lesiakowa komentuje; ty nie szukaj pracy, tylko pisz, więc piszę (trzy strony jeszcze i na końcu dowcip będzie).


To stanęło, że jesteśmy na Szczelińcu. Widoki są, schronisko jest.

5331

Na tarasie widokowym napruty w trzy dupy kolo sprawdza co jest po drugiej stronie barierki – nieskutecznie, bo nogi miękkie słabo trzymają się lodu. Magia „pracy marzeń” ulatuje natychmiast, niczym gołębica.


Idziemy do środka, polampić się na schroniskową załogę w akcji. Wydają pościel, wydają piwo, wydają resztę za klucz do klopa. Noszą pełne półmiski schabowych i kartofli z okrasą, wycierają zatłuszczone stoły i zabłocone podłogi. Zapierdalają.


Tak sobie myślę, że ten kto pisał ogłoszenie „praca marzeń na Szczelińcu” może po cichu liczył na komentarze – dziękujemy Wam załogo Szczelińca, jesteście wielcy i Wam załogo Pasterki dziękujemy, też jesteś wielka, choć co niektórzy ledwie za baru wystają.
A tu 3000 egoistycznych udostępnień – dla MNIE ta praca, MOJA przygoda życia do wzięcia. JA pojadę, JA zamieszkam. Za pierwsze trzy wypłaty kupię SOBIE mega lustrzankę z super długim obiektywem i będę robił perfekcyjne fotki w hadeerze. JA napiszę bloga w temacie. JA tą pracą zdobędę chwałę, sławę i popularność. A gówno – nie dasz rady.


Na ogłoszenie o pracę wpłynęło 400 aplikacji, 200 zostało wydrukowanych – takie wiadomości za baru przyniósł chłopak z Bytomia niosąc kolejne dwa Opaty. Nawodniliśmy się, założyliśmy na buty nakładki, na głowy czołówki. Trza schodzić. Jeszcze jedno długie spojrzenie daleko za horyzont - cisza, słońce zachodzi, lekki mrozik, zero wiatru, sielanka. Może warto zawrócić się i złożyć to CV, tak od niechcenia skreślone na schroniskowej serwetce:


Zdjęcie: Poszukaj na fejsie
Data urodzenia: Była
Wykształcenie: Jest
Umiejętności: Laminowanie płyt meblowych w stopniu podstawowym
Zainteresowania: W wolnych chwilach słucham jazzu
Klauzula: Zezwalam na wszystko


Załogo Szczelińca, czort jeden wie, co Was tam przywiało, ale – powtarzam jesteście WIELCY. Takich durnych CV pewnie dostaliście około 100 (te niewydrukowane), toteż nie marnuję serwetki i schodzę na dół.


Ciemno się robi, droga na mały parking oświetlona tylko czołówką, nierealna taka jakoś, jak gra komputerowa, nadal jest przyjemnie - nie za ciepło i nie za zimno i wiatr nie wieje.

Wracamy do Pasterki. Gdzieś po drodze gubię chłopaka z Bytomia, może z powodu jego deklaracji, że chadza tylko po zielonych szlakach, może z powodu, że wieczorem naprawdę nie miałam ochoty grać w szachy. Do schroniska przychodzę samotnie, zamawiam podwójne frytki – z półki wyciągam przeterminowany mocno Magazyn Górski n.p.m. – to oni zorganizowali zimowy biwak obok. Ludzie szkolą się tam przez trzy dni w sztuce przetrwania i śpią w namiotach. Wyglądają i zachowują się jak pingwiny. Działają stadnie i głównie przestępując z nogi na nogę.


Kartkuję magazyn – jest mocno przeterminowany, reklamy nieaktualne. Teraz wszystko jest 100g lżejsze i 100zł droższe. Rozglądam się po świetlicy, patrzę co robią inni. Postanawiam robić to samo. Dać nura do telefona. Zasięgu nie ma, ale internet hula.

To se gugluje:
Pasterka Schronisko 693 n.p.m.
Błędne Skały 852 n.p.m.
Szczeliniec 919 n.p.m.
Koruna 769 n.p.m.
Velka kupa 708 n.p.m.
K2 8611 n.p.m.
Łódź 180-280 n.p.m.
Bytom 280-290 n.p.m.
(tak wychodzi, że ten Bytom wyżej Łodzi)


Czas mija szybko i miło – a to przecież nie koniec atrakcji. Projekt jest taki, by jeszcze tego dnia wbić się  na krzywego pingwina na integrację do pingwińskiej wioski. O 22.30 ma się dla nich produkować Gooral. To przypadkiem znajdujemy się znowu z chłopakiem z Bytomia i idziemy razem do Szczelinki na występy. Ustalamy, że dla niepoznaki będziemy, jak pingwiny, lekko kiwać się na boki (chwała ci Opacie). Koncert jest zajebisty – kończy się po pierwszej w nocy. Dumna jestem – zapoznany chłopak z Bytomia i Krzysiek z bla-bla dzielnie tańczą w pierwszym rzędzie. Ja podpieram ściany, bo zwyczajnie nie mam siły na nic więcej. Idę do baru po Opata, po którym  jest siła chociaż pokiwać się trochę.


Za barem Marysia – dziewczyna postawna, kobieca w stopniu F lub G nawet, koral na ustach. Sukienka i zielone obcasy wysokości 8,5 cm. Dziewczyna jest oschła. A niby jaka ma być. Przychodzi jakaś stara baba i marudzi – że Opat jej nie pasi i zupa niedobra. Biorę Opata z Pieprzem i wracam na salę. Szczerze; ledwo stoję – mam dość, ale koncert zajebisty.


Niedziela
Budzę się o 8.00. Idę do jadalni zjeść śniadanie w „warunkach turystycznych” opierając się o prowiant własny. Prowiant własny w Pasterce na ogół u wszystkich wygląda tak samo, jego źrodłem jest Biedra w Radkowie lub Ścianawce – to jest akurat najmniej istotna informacja, gdzie jest ta Biedra. Na stołach królują bułki z biedronki, serki z biedronki, sałaty z biedronki, pasztety z biedronki, soczki z biedronki i banany z biedronki. Kolorowa biedronkowa dolina. Zjadłam, spojrzałam za okno – poziom zadowolenia zatrzymał mi się znowu na poziomie 100%. Tego dnia miałam w planach tylko …. samotnie skoczyć do Czech – na gulasz i dwie piwa, oraz pomyśleć nad scenariuszem wpisu, który właśnie czytasz. O 15.00 kończyły się zajęcia na winter campie i Krzysiek, który mnie przywiózł wracał do domu. O tej godzinie miałam stać spakowana przy jego azjatyckiej dobrej marki samochodzie, o bliżej nieznanym, ukrytym pod patyną wrażeń kolorze i numerach rejestracyjnych Warszawa Samo Centrum.
Poszłam do pokoju, spakowałam się, wyjrzałam za okno, jak piknie – i załączyła mi się ścigająca.


Spojrzałam na mapę, „na oko” przeliczyłam trasę na Błędne Skały z obiadem w Machovie. Zdążę  do 15.00. Ubrałam się lekko, do plecaka wrzuciłam cokolwiek. Jeden błąd- założyłam ciężkie turystyczne buty, a przecież miałam ze sobą Icebergi z Truchtu na membranie i z dobrym bieżnikiem. Trudno. Nakręciłam zegarek i chodu. Doleciałam do tych skał bardzo szybko idąc, przeleciałam przez nie migiem. Na wylocie zrobiłam krótki postój. Jak rasowa biegaczka nie napiłam się coli, bo jej nie miałam. Wymieniłam kilka grzecznościowych zdań z napotkaną na szlaku grupą turystów. Oni do mnie, że idą stamtąd, widzieli to i to i  mają godzinę opóźnienia. Ja na to dumnie spoglądając na zegarek; – co prawda nie wiem gdzie jestem, ale jestem w punkt o czasie.

5332 5335
Wyleciałam 10.30, doleciałam 11.45, przeleciałam 11.45-12.00, 12.00-12.15 się regenerowałam, 12.15- 13.00 zleciałam. O 13.15 wpadłam do knajpy na całą godzinkę. Zjadłam gulasz i po szklaneczce na każde oko. Jak błogo.

5333 5334

Rozłożyłam ciuchy przy kominku by przeschły trochę. Rozglądam się po sali. Jeden miejscowy Czech je obiad, drugi siedzi i się gapi.Przy sąsiednim stoliku grupa młodzieńców bije rekord w ilości wypitego piwa. Wchodzi Blekota z krwi i kości i kawę zamawia w porcelanie. Czeska rodzina, ma chyba jakieś rodzinne święto – z rytuałem jak w Wersalu wybiera drogie wino. A pod oknem jeden Polak i dwie Polki. Facet do dziewczyn – nie jedz tego, nie próbuj tamtego. Sam wcina gulasz i knedliki, dziewczyny tylko zupę. Ech.
Robi mi się błogo. Polak jak paw, do obu dziewczyn stroszy piórka, czeska młodzież gada już cała naraz, Blekocie który siedzi naprzeciwko mnie twarz robi się jeszcze bardziej fioletowa, a wydawało się , że bardziej fioletowo to się nie da. Czeskie dzieci z nudów wyszły na dwór i strzelają z kapiszonów. A ja sobie siedzę i  blekotać mi to wszystko zaczyna miarowo. Czas do domu. Wszystko co mi schło, wrzucam do plecaka, szybko rzucam do gospodarza po polsku – gotujecie lepiej niż U Fleku. Z wyrazu twarzy widać, że całkiem dobrze  po tym polsku rozumieją. Zmykam. Do Pasterki docieram parę minut po limicie. Nie szkodzi, chłopaki na campie mają rozdanie medali, losowanie, wydawanie dyplomów i przydziałowych skarpetek. O 15.30 wyjeżdżamy z Pasterki. W drodze powrotnej zahaczamy o Bergen, Chamonix i to co jest wyżej n.p.m niż to Chamonix, spotykamy Rysie w Kampinosie. W międzyczasie zapominam o chłopaku z Bytomia i o wymarzonej pracy na Szczelińcu. Jedziemy dalej, gdzieś koło Sieradza Krzysiek kierowca sprzedaje suchara (chyba nie spalę, będzie brzydkie słowo w łódzkim zapisie ortograficznym z lat 70 ubiegłego stulecia)


Niedźwiedź otworzył sklep spożywczy. Przychodzi do niego zajączek.
- Poproszę 20dkg soli
- Widzisz zajączku, dopiero co otworzyłem ten sklep, sól jest w kilogramowych workach, a ja nie mam jeszcze wagi.Wiesz co - mogę ci nasypać na oko.
- A na huja sobie nasyp.


To wszystko.


W Pasterce i na Szczelińcu pracy raczej nie znajdziecie – przygodę to i owszem.