Pływanie na wodach otwartych - tekst bardzo osobisty :).

 

W czwartkowy wieczór (05-02-2016), w Truchcie, miała miejsce bardzo ciekawa prelekcja na temat triathlonu. Prezentacji z ogromną uwagą wysłuchało około 50 słuchaczy, z czego blisko połowa przyznała się, że jeszcze nigdy nie próbowała na serio i w całości – ale bardzo by chciała. Wykład trwał dwie godziny z małym hakiem i kilkuminutową przerwą. Prelegentem był Ludwik Sikorski. Bardzo chciałam poznać osobiście tą osnutą legendą postać, więc udałam się na wykład i zasiadłam w pierwszym rzędzie słuchaczy. Dotychczas, w mojej świadomości postać Pana Ludwika, dziwnym zbiegiem okoliczności przysłonięta była obrazem Teściowej. Chciałam na żywo przekonać się, czy moje wyobrażenie o tym wspaniałym człowieku jest prawdziwe. Nie było. Trener Sikorski na spotkaniu pojawił się bez Teściowej. Za to, z ciekawą, barwną i rzeczową prezentacją skrojoną na miarę kandydata na triathlonistę, który chciałby, a  jeszcze się boi.

Jest coś takiego w triathlonie, co ciągnie. Bogacza ciągnie niesamowita łatwość możliwości wydania przeogromnej ilości kasy. Ten aspekt, niestety, został w omawianym wystąpieniu pominięty w całości. Biegacza, który amatorsko potrafi zmierzyć się z dystansem maratonu, czy nawet ultra ciągnie tzw. kolejny stopień wtajemniczenia. Przeszkodą w realizacji marzeń z reguły nie jest rower, tylko umiejętność ekonomicznego przepłynięcia wpław akwenu otwartego.

Moja koleżanka, kiedyś opowiedziała mi taką historię. Dawno, dawno temu, na praktykach studenckich w temacie miernictwa geodezyjnego, po zajęciach udała się wraz z grupą studentów nad pobliskie jezioro. Jezioro miało około 250 metrów szerokości, 800 metrów szerokości oraz wg legendy 20 metrów głębokości. Młodzież rozlokowała się mniej więcej pośrodku dłuższego boku jeziora i zajęła się kompletacją funduszy na zakup świeżo dowiezionych do pobliskiego kiosku granatów.

Lato było tego roku typowo polskie – ani ciepłe, ani zimne. Mimo to, moja koleżanka wraz z drugą koleżanką, przed niewątpliwą przyjemnością, wynikającą ze spożycia świeżo uwarzonego nektaru z butelki typu granat, postanowiły przepłynąć jezioro wpław, tam i z powrotem, w miejscu gdzie szerokość jeziora była najmniejsza – czyli dokładnie tam gdzie się obecnie znajdowały. Grupę poinformowały o swoim zamiarze, z prośbą o pozostawienie pewnej ilości granatów w wersji nieodbezpieczonej na zaś. Przebrały się w stroje kąpielowe. W tym momencie dołączył do nich jeszcze jeden śmiałek płci męskiej, oświadczając, że również nie rozpoczął jeszcze degustacji i wielką przyjemnością zażyje kąpieli w akwenie otwartym. Grupa wskoczyła do wody i zaczęła płynąć stylem klasycznym odkrytym. Woda w jeziorze już parę metrów od brzegu była na tyle głęboka, że nie dało się stanąć i nie rosły w niej  żadne chęchy – czysta przyjemność kąpieli.

Dziewczyny, płynąc z dbałościa o styl, rozpoczęły rozmowę na tematy ogólne. Poprzekomarzały się trochę z rybakami, łowiącymi ryby z łódek. Po około 150 metrach, z tyłu, do ich uszu dobiegł niepokojący charkot i plusk wody. Kolega, z którym płynęły i o którym chwilowo zapomniały, zapowietrzył się i wpadł w niepotrzebną w takim wypadku panikę. Chwytając krótkie hausty powietrza, machając bez logiki, rękami i nogami, potęgował w sobie uczucie bezpodstawnego strachu. Zmącił wierzchnie, ciepłe warstwy wody, z tymi zimnymi pod spodem, w stopniu takim, że płynącym z nim dziewczynom też przestało być przyjemnie. Woda nagle zrobiła się lodowata. Chwytały skurcze. Legenda głosiła, że jezioro ma w tym miejscu 20 metrów głębokości. Koleś, wg znanej obu dziewczynom z kursu „na Pamelę” procedury - rozpoczął właśnie proces topienia. Tylko, aby się szybko i skutecznie utopić musi wystąpić naraz kilka zbiegów okoliczności. Trzeba być naprutym jak szpadelek i zderzyć się z lustrem wody w pomroczności. Dostać w głowę skutecznie do nieprzytomności np. bomem i wypaść niezauważenie z łódki. Można być zjedzonym do połowy przez rekina. Zaplątać się w sieci rybackie lub tak się w życiu zaplątać, że założą Ci betonowe buty.

W innym wypadku proces topienia trwa około cztery minuty i jest procesem odwracalnym.

W opowieści mojej koleżanki, dziewczyny przytomnie nazwały swojego kolegę skończonym idiotą. Kazały mu się uspokoić, bo jest jeszcze około 80 metrów do przepłynięcia. Nikt go nie będzie z tej głębi wyciągał i ogólnie życia szkoda na takie bezsensowne topienie. Na szczęście chłopak był usłuchany. Z jeszcze tylko dwoma epizodami zapowietrzenia, kilkoma skurczami i krótkotrwałym holem dotarł do pomostu, po przeciwległej stronie jeziora. Całkiem żywy. Po wyciągnięciu na pomost, opierdol dostał niemały. Na nic zdały się tłumaczenia że, jeszcze nigdy przez otwarte wody nie przepływał, bo do tej pory ogólnie słabo pływał. Że było to dla niego nowe doświadczenie życiowe i właściwie to wina jest po stronie moich koleżanek, bo nie zapytały się na starcie, czy umie pływać. Nic, przygoda skończyła się szczęśliwie.

Grupa studentów na przeciwległym brzegu, zajęta odbezpieczaniem kolejnych granatów, w ogóle nie zarejestrowała zajścia. Również nie zarejestrowali go ratownicy z pobliskiego kąpieliska, bo było nieczynne z powodu niedostatecznej pogody. Wstydu nie było. Pozostała kwestia powrotu. Jedna z dziewczyn szybko wróciła wpław z powrotem, by koledzy pozostali na przeciwległym brzegu nie poczuli dyskomfortu wywołanego widokiem gładkiej tafli jeziora w miejscu gdzie teoretycznie powinni znajdować się ich znajomi. Przypadkiem oczywiście. Pozostała dwójka udała się w drogę powrotną brzegiem jeziora, przemierzając na bosaka i praktycznie bez odzieży dystans około trzykilometrowy leśnych bezdroży, przy temperaturze niezbyt odpowiadającej tego typu ekspedycji. Mrówki jeszcze na trasie spotkali. Z perspektywy czasu, ta moja koleżanka zastanawia się teraz, czy warto było tego kolesia skutecznie odwieść od próby utopienia się w tych malowniczych okolicznościach, bo w sumie następujących po tym wydarzeniu zdarzeń …..palant jeden zmarnował mi dwanaście lat życia.

Taka mi się historia przypomniała przypadkiem. Jaki z niej morał - nie trzeba bać się wody. Jeżeli słabo pływacie, to by w krótkim czasie pozbyć się tej przypadłości.... Zapraszam:). Na treningi do Ludwika – oczywiście.

Moja rada, przed treningiem pływackim na basenie, samodzielnym, czy z trenerem, potruchtaj ze dwadzieścia minut wokół hali. Dogrzejesz się i odstresujesz. Łatwiej się wtedy chwyta technikę. Ludzie słabo pływający są ogromnie spięci w wodzie, a tu „luz w kroku” jest bardziej potrzebny niż przy bieganiu.