Accenture Rwanda Marathon Expedition 2013 – list 4 i 5

1890 Gdy przyszli zamordowali zakonnicę. We wspólnocie były również dwie dziewczyny, które szukały schronienia na drzewach. Napastnicy dostrzegli tylko jedną z nich i zastrzelili. Druga była lepiej schowana, jednak w szoku zaczęła krzyczeć, co zdradziło jej kryjówkę. Po chwili też nie żyła. Do rejonowego szpitala trafiło rok temu dwoje dzieci, od 19 lat żyły w stadzie goryli. Podobno już mówią pierwsze słowa, od jakiegoś czasu przybierają pionową postawę. Oczywiście zapewne do końca życia będą wymagać opieki. Takie opowieści związane z rwandyjską wojną domową usłyszeliśmy od siostry Weroniki, gdy wiozła nas od autobusu do wioski Rushaki, w której przyszło nam spędzić kolejne trzy dni. W ten sposób dotarliśmy do zagubionej w górach miejscowości, położonej pod granicą z Ugandą i oddalonej od Kigali o trzy godziny drogi.

We wspólnocie zakonnej żyją tu cztery siostry, każda z innego kraju. Wszystkie serdeczne, uśmiechnięte, życzliwe i bardzo zaangażowane w realizację misji zgromadzenia. Prowadzą w miejscowości ośrodek zdrowia, z gabinetami porad ambulatoryjnych, salami szpitalnymi dla chorych, małym oddziałem porodowym, laboratorium. Zajmują się chorymi na AIDS, niedożywionymi dziećmi, cierpiącymi na gruźlicę, niepełnosprawnymi ruchowo i umysłowo. Siostry opowiadały nam o mężczyźnie, którego przy okazji spisu ludności odnaleziono w szałasie gdzieś na polach. Nie poruszał się samodzielnie, jego ciało zjadały robaki, a na nogach jątrzyły się otwarte rany. Po dotransportowaniu do ośrodka (czyli po prostu po zniesieniu z gór na rękach) udało się go uratować; nazwano go Bendyktem.

Usłyszeliśmy o chorym psychicznie bezdomnym mężczyźnie, który był tak agresywny, że obezwładniało go sześciu mężczyzn. Po doprowadzeniu do sióstr udało się jego ciało i umysł doprowadzić do porządku na tyle, że żyje przy wspólnocie nie czyniąc nikomu krzywdy. Dotknięta podobną chorobą kobieta chodzi wokół naszych zabudowań, uśmiecha się, wita, chce pozować do zdjęć. Zaskoczyła nas wiadomość, że kilka miesięcy temu jednemu z miejscowych znienacka odgryzła ucho, a innym razem porwała z ośrodka zdrowia noworodka i usiłowała go pozbawić życia.

Takimi właśnie przypadkami zajmują się dzielne siostry. Mogliśmy kilkakrotnie przekonać się, jak wielkim szacunkiem i życzliwością darzą je tubylcy.

Pierwszy wieczór w Rushaki spędziliśmy na plebanii popijając piwko z księdzem Donatem (Rwandyjczykiem), jeszcze jednym wikarym oraz dyrektorem średniej szkoły. Wszyscy trzej bardzo sympatyczni, otwarci, ciekawi świata. Przy okazji dyrektor wyznał Kasi, że nie lubi swojej pracy i marzy o tym, by zająć się kartografią. Gdy dzień później składaliśmy wizytę w jego szkole, okazało się, że dobrze kamufluje swoją niechęć do szerzenia oświaty, a liceum sprawiało wrażenie dobrze zorganizowanego. Pobierają tu naukę młodzi ludzie z całej okolicy, wszyscy na czas szkoły muszą przenieść się do licealnego dormitorium. Najzdolniejsi trafią na studia do Kigali. Jeśli rodzinę będzie na to stać, bowiem naukę współfinansują rodzice.

Rwandyjski system edukacyjny jest podobny do naszego (podstawówka-gimnazjum-liceum-studia), z tym że chyba tutaj działa lepiej. Uczniowie liceum w białych koszulach, zdyscyplinowani; gdy składaliśmy wizytę w klasach, wstawali by zadać pytanie, a do nauczycieli odnosili się z wielkim respektem.

Oprócz wizyt w zgromadzeniu, kościele i szkole znaleźliśmy też czas na spacery po okolicy. Pokręciliśmy się po polach herbaty, na wiejskim targu zaopatrzyliśmy się w owoce, niektóre tak egzotyczne, że nie znały ich ani siostry, ani ksiądz. Później, prowadzeni przez władającego angielskim chłopaka, wdrapaliśmy się na wznoszącą się nad wsią górę z antenami i stacjami przekaźnikowymi. Widok na góry całkiem ładny, zwłaszcza podczas zejścia, które wiodło łagodną drogą przez wioski. Mijały nas tłumy ciągnące na ceremonię pogrzebową, niemal każdy pozdrawiał nas, a wielu witało się podając dłonie. Spotkanie z Szakalami było dla miejscowych naprawdę ważnym wydarzeniem.

1891 We wtorek siostra Weronika zabrała nas do Mulindi, gdzie zwiedzaliśmy fabrykę herbaty. Jej produkcja to skomplikowany i wysoce zautomatyzowany proces. Ubrani w białe kitle i białe kapelusze oglądaliśmy taśmociągi, na których liście są suszone, rozdrabniane, znów suszone, frakcjonowane. Poznaliśmy drogę herbaty od szacowania jakości dostawy, po pakowanie granulatu do sześćdziesięciokilogramowych worków wysyłanych do Kenii. Niestety – wyrobów fabryki nie można było w Mulindi ani kupić, ani dostać.

1892 Na zakończenie pobytu w Rushaki odbyły się przygotowane przez nas biegi. Start i meta pod kościołem, czyli na górce, osobne wyścigi dla chłopców i dziewcząt, w trzech kategoriach: szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum. Biegi dla podstawówki nieco nas przerosły. Czy to na pewno dziewczynki? Część z nich zupełnie nie wygląda... Dlaczego ich jest tak dużo? Dlaczego wszyscy chcą mnie dotknąć? Jak ich opanować na starcie, jak ustawić, jak wytłumaczyć, kiedy mają ruszyć?

Biegi najmłodszych rozgrywały się na pętli ok. 600 m., z ostrym podbiegiem pod koniec. Nie przewidzieliśmy, że dzieciaki będą skracać trasę biegnąc przez pole herbaty, że wolniejsze dziewczynki zaczekają przed metą na te szybsze i razem z nimi wbiegną na metę. Ania miała problem. Dla pierwszej trójki medale, dla siódemki nagrody rzeczowe, ale komu je wręczyć? Przed nią tłum, las wyciągniętych rączek; dla nas wszystkie zawodniczki wyglądają podobnie... Na szczęście pojawił się nauczyciel i wskazał te, które należało nagrodzić. Dzieciaki z dumą prezentowały medale z Półmaratonu Szakala, zachwycone były kredkami i farbami Bambino, skakankami, gumą do skakania, kolorowymi długopisami. Dzieci, które nie były najszybsze dostawały cukierki, wydzielane po jednym przez Kasię kroczącą w... misce na głowie. Dziewczynki grzecznie stały w kolejce, grzecznie – gdyż czuwał nad nimi nauczyciel. Bez niego częstowanie słodyczami zakończyłoby się natychmiastową utratą słodkości, miski, a może i ręki. Dlatego nie wyszło nam rzucanie dzieciom nadmuchanych balonów, powstawał tak wielki ścisk, że groziło to wypadkiem.

Bieg chłopców poszedł sprawniej. My nabraliśmy doświadczenia, a przede wszystkim od początku czuwał nad zawodnikami nauczyciel.

Potem zdziwienie. O 16.30 miały rozpocząć się biegi starszej młodzieży, ale nikt się pojawiał w „biurze zawodów”. Później dotarła grupa zawodników, mniej liczna, za to przygotowana – sportowe buty, stroje piłkarskie. Płeć piękna reprezentowana była dość skromnie, wśród chłopaków bieg cieszył się większym zainteresowaniem. Panowie rywalizowali na dłuższej trasie, którą trzeba było obstawić kilkoma wolontariuszami i która wiodła przez pola, potem przez wieś, na koniec podbiegiem pod kościół. Znów dla najlepszych medale, nagrody. Tym razem znacznie spokojniej, bez przepychania się i wyrywania trofeów.

Po biegach wracaliśmy na kwatery zmęczeni bardziej, niż gdybyśmy sami startowali. Ale zadowoleni, świadomi, że zrobiliśmy coś nowego, że daliśmy nieco radości i pokazaliśmy, że bez pieniędzy i sprzętu można czerpać radość ze sportowej rywalizacji. Uczestnikom też się musiało podobać. Gdy następnego ranka wyruszaliśmy do Kigali, z okien busa widzieliśmy idącego do szkoły chłopaka, który na szyi dumnie prezentował medal na pomarańczowej tasiemce.

Zapraszamy do zapoznania się z przedostatnią relacją z Afryki:

Accenture Rwanda Marathon Expedition 2013 – list 5

Opublikowano w: