Noworoczny Bieg pod Gwiazdami - suma sumarum

4804 Kolejny Noworoczny Bieg pod Gwiazdami przebiegł się w sympatycznej atmosferze. Po raz kolejny udało utrzymać się zerowy budżet biegu. Zwolnienie biegu z własnego wkładu finansowego skutkuje zawsze ogromnym zaangażowaniem ludzi, którzy go tworzą oraz zaangażowaniem dawców nagród. Wymieniam osoby, które zaangażowały się dobrowolnie oraz pod wpływem prośby w trybie oznajmującym.

Pierwsze miejsce przypada bezdyskusyjnie Maćkowi Traczowi. Maciek po raz kolejny był naszym opiekunem trasy, on nadawał tempo oraz dbał o atrakcje .

Drugi stopień na pudle należy się Lesiakom – Elce i Andrzejowi oraz Jance Goszczyńskiej za zorganizowanie polowego depozytu i biura zawodów.

Na trzecim miejscu tłok ogromny. Na pozycji tej uplasowali się Organizatorzy prawdziwych łódzkich biegów, którzy dla uczestników naszej zabawy zagwarantowali po jednym pakiecie startowym na swoje imprezy. Tak więc, ktoś „z pod Gwiazdek” pobiegnie  w Łódzkim Maratonie, Biegu Ulicą Piotrkowską, Fabrykancie, LCJocie, Biegu Niepodległości, Biegu Wilczym Tropem, w dwóch łódzkich półmaratonach – Łódzkim z nazwy i Szakalowym, w Łódzkim Biegu Mikołajów i na koniec „prawie na Widzewie” - w biegu Justynów-Janówka. To jeszcze nie wszyscy z trzeciego miejsca. Mamy tu jeszcze fundatorów drobnych upominków – najlepsze w Łodzi składy z towarami dla biegaczy ulokowane na mojej drodze do pracy, czyli:  z zaplecza ulicy Piotrkowskiej, ulicy Żeromskiego, Żeligowskiego oraz Więckowskiego. A to jeszcze nie koniec. Na najniższy stopień  pudła zasłużyło sobie jeszcze biuro promocji naszego Miasta przekazując torby i plecaczki, niestety puste. Wszystkie osoby i instytucje z miejsca trzeciego przepraszam, że na to pudło zostali zaproszeni znienacka i trochę na siłę. Zerowy budżet wymaga poświeceń.
Koniec części oficjalnej.

Chyba się kolejny raz udało, mimo że już wkrótce po tej samej trasie, również wieczorem biegać będzie profesjonalny bieg „za medalami”. Naprawdę obawiałam się o frekwencję. Ale przybiegliście. Super.

Dobrze by było, gdyby w szeroko pojętej Łodzi udało się utrzymać noworoczną tradycję biegów koleżeńskich. Życzę Torfom dobicia do dystansu maratonu, w Pabianicach też chyba się coś biega po koleżeńsku. W Kanzas prawdziwe Morsy  mrożą sobie za darmo i te moje Gwiazdki niech się biegają na dotychczasowych zasadach. Komercja ma w Nowy Rok omijać Łódź z daleka – takie jest moje noworoczne życzenie.

Jak długo można cieszyć się nowym zegarkiem biegowym? Ustanawiać nowe życiówki?  Co chwila kupować nowe ciuchy i przestrzegać rygoru planu treningowego? Średnio cztery lata. Potem albo się buty biegowe wiesza na kołku albo człowiek zaczyna się bieganiem bawić. Ten, kto chodzi na bieganie tylko dla kilometrów i życiówek, w ciągu czterech lat spokojnie zdobędzie wszystkie korony, zastawi półki pucharami, ściany zawiesi medalami, rozwiedzie się i zakocha na nowo. Tylko co dalej, gdy biegowy zegarek zaczyna sczytywać dane z PESELa , a nie z GPSa. Nowych życiówek brak. Płacenie enty raz za ten sam bieg traci sens.
Pozostaje tylko truchtanie z klubowymi kolegami, takie tam wolontariaty i insze wymysły we własnym zakresie. Kadzę trochę, ale wiecie o co chodzi. Nie dajmy się zabiegać obecnej modzie.
Tempo, ilość biegów, mnogość celowych grup treningowych zrobiło się zabójcze. Kto z Was wybiera się na Olimpiadę, osiągnie prawdziwy wynik sportowy ? Nie widzę, nie słyszę. Kto z Was katuje się na treningach jak prawdziwy zawodowiec? Ja, ja, ja i ja też. Moda. Wszystko musi być zapisane w zegarku, telefonie i komputerze. Trochę mnie zaczyna znosić na boki, nie o tym chciałam pisać.

Pożalić się chciałam. Gdy w połowie września dotarło do mnie, że parę dni po moich Gwiazdkach, pod tą samą iluminacją, będzie biegać komercja - para zeszła ze mnie cała. Odechciało mi się latać po urzędach i załatwiać formalności (zbędne formalności). Odechciało mi się być „happy”. Wszystkiego mi się odechciało. Dotarło do mnie, że nikt na bieg nie przybiegnie, bo tydzień później będzie zupa, medal i czas na sms- a.

Niestety z początkiem grudnia rozświeciły się te Gwiazdki i dzień po dniu w drodze do i z fabryki „mrygały” - nie marudź, to tylko parę papierków, kilka telefonów i trochę zachodu w necie. Albo zajmujesz się organizacją, albo marsz na trening – mrygały.  No i sobie wymrygały.


Bieg odbył się w miłej atmosferze, z losami na wypasie, wejściem antenowym w TV, fotorelacją w gazecie i popularnym serwisie biegowym. Udało się zachować zerowy budżet. Frekwencja była – przybiegliście.

Na przyszły rok, gdyby znowu te Gwiazdki zamrygały – będą zmiany. Postaramy się o to, by bieg nabrał formuły rodzinnej. By dzieciaki dały radę razem ze swoimi starymi. Nagrody też skombinujemy bardziej dla dzieciaków. Oprócz nagród będą rózgi. Wiecie za co. Nie będziemy nikomu zakazywać biegania z nami, bo paradoksalnie, dzięki obecności najliczniejszego w mieście klubu biegowego (to jest fakt) mamy zapewnione profesjonalne zabezpieczenie trasy całkiem za darmo (teraz żartuję sobie, bez komentarzy proszę). Za rok dopisze się  do regulaminu tzw. wzorce zachowań.  I to by było na tyle. Dziękuję wszystkim za przybycie i pomocnikom za pomoc.

Do czorta z tą skromnością – Kolejny raz przygwiazdorzyłam na maxa i mam dyplom za pierwsze miejsce. A za rok, jak się wszystko uda i będziecie się dobrze bawić na biegu - możecie mi kupić, w podziękowaniu, ten cholerny zegarek biegowy, bo sama się chyba na taki zakup nigdy nie odważę. Ma być różowy na różowym pasku.