Nie myśl, nie czytaj - biegaj

Mamy dwóch biegaczy. Obaj chcą wystartować w bardzo ważnych zawodach. Jeden z nich trenuje ostro i regularnie, stara się, wymyśla nowe plany treningowe, czasami dokłada do interesu. Drugi siedzi, nie robi nic, nie na nawet licencji. Przed zawodami obaj biegacze składają aplikację o udział zgrupowaniu przedstartowym w uznanym ośrodku przygotowań oraz o stypendium sportowe. Pierwszy biegacz, ma doświadczenie i wyniki. Drugi układy. Który jedzie na zawody? Ano ten, który po raz kolejny wysłucha – nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.
Mamy w Łodzi dwie popołudniowe „dyszki”. Geneza tych biegów wywodzi się z historii naszego miasta. Ponoć pod koniec XIX Izrael Poznański, chcąc oszczędzić jak najwięcej przy budowie swojej fabryki, nie zamówił projektu. W tym czasie fabryka Karola Schreiblera była już na ukończeniu. Izrael codziennie rano posyłał swoich majstrów na przeszpiegi. Kazał podglądać i u siebie budować tak samo. Majstrowie mieli w obie strony ok. 10 km, szef dawał im na to 1,5 godziny. Ponieważ ok. 40min zajmowało wykonywanie szpiegowskich szkiców, majstrowie trasę musieli pokonywać biegiem, z wykorzystaniem skrótu – biegli Traktem Piotrkowskim.
Jedna dyszka nie wstydzi się swojego protoplasty, który zwykłym Fabrykantem był. Druga, cóż wabi na przywłaszczoną nazwą Ulicy Piotrkowskiej. Stowarzyszenie, które ponoć organizuje ten drugi bieg powstało pod koniec 2013 roku. Dostało z Magistratu dofinansowanie do biegu (ok. 10zł – od łepka), niezależnie od tego, że ze względu na niemowlęcy wiek, doświadczenia mu brak. Fabrykant, w tej samej aplikacji, nie dostał nic. Widocznie włodarze miasta uznali, że bieg ma tak dobrą formę i wizerunek, że poradzi sobie sam. Otóż, nie poradzi. Bez wsparcia miasta, Fabrykant nie ma szans na jedną pętlę i zwiększenie limitu zapisów. Nawet gdyby wpisowe wynosiło 100zł. Jeden bieg może (z wyjątkiem korka, który utworzy się na Franciszkańskiej) pomieścić 4000 biegaczy, drugi niestety tylko 1000. To 1000 miejsc na Fabrykanta sprzeda się pewnie w dwie godziny. Ci, co się nie załapią, nie będą mogli nawet porównać, która impreza jest bardziej klimatyczna i sportowa. Cóż miasto wybrało – stawia na farbowanego na czerwono lisa, ze startem i metą w mordowni, w której ludzie pracowali po 16 godzin na dobę, bez żadnych zabezpieczeń socjalnych. Nazwą Ulicy Piotrkowskiej firmuje się bieg po granicznych terenach Litzmannstadt Getto, nie wspominając o tym, nawet jednym słowem, na stronie biegu. Dzieciom na dyplomy każe się malować jakieś zakłamane obrazki ul. Piotrkowskiej, niemające nic wspólnego z charakterem ulicy. Zwycięzcy w biegach dziecięcych dostaną ręcznie wymalowany, typowy dla niemieckiego miasteczka pejzaż, z napisem Rossman i podpisany Ulica Piotrkowska. Koszulki biegu –panorama deptaka, na pierwszym planie zaparkowane samochody i barwy niefortunnie poskładane. Do tego cała masa wolontariatu, oszukanej młodzieży, której do jej wiedzy z wikipedii można by było, przy okazji, dodać trochę prawdy, a mieli się tę sieczkę jeszcze drobniej.
Łódź ma krótką historię. Historia ta jest okrutna czasami, ale nasza i jest niepowtarzalna. Imperium Poznańskiego, to była machina do robienia minimalnym kosztem maksymalnego zysku, a nie przyjazna, ludzka manufaktura. Ulica Piotrkowska była w swoim czasie najbogatszą, najszybciej rozwijającą i wyuzdaną ulicą w tej części Europy. Tu możliwe było wszystko, poza jednym – kolorem czerwonym. Czerwień nieotynkowanej cegły – to znak rozpoznawczy biedoty, generującej zyski lodzermenschów, która na Piotrkowską raczej wstępu nie miała.
Obecnie w odnowionej ogromnym kosztem Piotrkowskiej potencjału jest przynajmniej tyle, jak nie więcej, niż na lotnisku. Można by było, przy okazji wygenerować bieg, pokazywany jak LCJRun na ogólnopolskich kanałach. A mamy bieg, który lokuje produkty na każdej możliwej elewacji, z metą w supersamie. Bieg którego niby organizatorem jest nasze kochane miasto. Szkoda tylko, że nieformalną twarzą biegu został jeden z bardziej znanych łódzkich trenerów. W przypadku gdyby doszło podczas imprezy do jakiś przykrych sytuacji, np. złe oznakowanie lub zmiana trasy w ostatniej chwili, będziemy mieli pretensje do niego, a on chce dobrze, tylko za nic nie odpowiada.
Tak, jak nie szanuje się biegacza, którego podejrzewa się o doping, tak ja nie szanuję instytucji, która zorganizowała ten bieg. Instytucji, która w obawie o to, że konkurencja może być lepsza, zamyka jej bramy stadionu przed treningiem, bo ma znajomego ciecia.
Bieg Ulicą Piotrkowską mam opłacony. Jako megafanka przedmiotowej ulicy, po nowej nawierzchni przebiegnę się z ogromną radością. Całą resztę biegu, z bólem na sercu, ale jakoś się ujdzie.
Anka Wypłosz