Maj miesiącem szybkości

Po półmaratońskiej i maratońskiej życiówce miałem w planie poprawić wyniki na piątkę i dychę. Skupiłem się więc na treningach szybkościowych, w tym pierwszy raz zabrałem się poważnie za trenowanie na bieżni stadionu. Skończyło się odlotową megażyciówką na 5 km na lotnisku i niezbyt zadowalającym czasem na 2x dłuższym dystansie, ale o tym za chwilę.

3 maja, Bieg Parafialny na Radogoszczu. Dwie pętle po osiedlowych uliczkach, niedomierzona piątka, coś koło 4.9 km. Trasa średnio szybka, sporo zakrętów, łagodne ale długie podbiegi. Potraktowałem te zawody jako mocny trening wytrzymałości szybkościowej. Czas 21:14, długim finiszem ograłem mojego rzeźnickiego partnera Krzyśka, z którym ćwiczymy mocne długie crossy po Łagiewnikach i Brusie, a na zawodach się ścigamy, wygrywając ze sobą na przemian.

18 maja, Lublinek, najszybsza piątka świata i okolic, wymarzona okazja do bicia rekordów. Nocny bieg po pasie startowym, zorganizowany prawie doskonale, mimo lotniskowych upierdliwości których się nie da przeskoczyć. Ulewa skończyła się wczesnym popołudniem, płyta lotniska zdążyła wyschnąć, była za to klimatyczna gęsta mgła i widoczny przez nią księżyc, na który można było nawigować. W założeniu miałem 4 km po 4:15 i ostatni ile fabryka dała. Mimo braku oznaczeń kilometrowych i przepychanki w dzikim tłumie na starcie, udało mi się idealnie wstrzelić w tempo. Na półmetku 10:42, zaledwie 5 sekund wolniej od planu. Cały czas się pomału przesuwałem do przodu, chociaż biegłem chyba równym tempem. Nie licząc pierwszego km wyprzedził mnie po drodze tylko jeden człowiek, kto wie czy go zresztą nie dorwałem na finiszu. Zamiast tabliczki 4 km stały obok trasy ledwo widoczne we mgle barierki i znacznik głosowy marki Radek Sekieta, zagrzewający do walki i krzyczący że został tylko kilometr. Miałem tam coś koło założonych 17 minut. Przyśpieszyłem, ale sił wiele nie zostało i szybko mnie postawiło do pionu. Trudno było rozplanować finisz, bo nawet na ostatniej prostej we mgle nie było widać mety. Zacząłem końcowy sprint nie wiedząc jak długi on będzie... aż w końcu w gęstym mleku zamajaczyły światła terminalu i zaczęło działać przyciąganie mety. Walka o każdą sekundę, 21:08, życiówka puknięta o ok. 40 sekund, za kreską padłem na cztery łapy. Moja lepsza połówka Ag nabiegała 27 minut z groszami zupełnie się nie ścigając, tylko biegnąc swoim równym tempem. Rewelacyjny wynik jak na dziewczynę, która wychodzi potruchtać średnio raz na pół roku. Gdyby jej zależało, pewnie by urwała jeszcze z półtorej minuty albo lepiej!

24 maja, Pietryna. Ciepło, porno i duszno, organizm jeszcze nie przyzwyczajony do biegania w tych warunkach. Byłem jednak wypoczęty i czułem się przygotowany szybkościowo. Oczekiwania przynajmniej na złamanie 45 minut, czyli poprawa zeszłorocznej życiówki 45:02 z Uniejowa. Życiówki zrobionej prawie bez szybkościowych treningów, na zmęczeniu i z kontuzjami po górskiej ultra-masakrze. Trasa jak to w tym biegu, do idealnie płaskich nie należała. Pierwsze 3 km zgodnie z planem po ok. 4:30, ale od początku czułem że to nie jest mój dzień. Czwarty kilos najbardziej pofałdowany, z wybiegiem pod górę z Manufaktury na Ogrodową i lataniem tam i z powrotem Zachodnią. Na półmetku 23:04 zamiast założonego 22:40. Przy dobrym samopoczuciu z takiego czasu jeszcze bym coś ugrał, ale nie tym razem. Szósty km do Placu Wolności i siódmy Pietryną wyszły po 4:40. Nogi miałem świeże, ale sapałem jak lokomotywa. Ostatnie 2 klocki Kościuszki w większości lekko z górki, ale pod wmordewind, zresztą biegłem już zdemotywowany brakiem szans na życiówkę. Wyszło żałosne 46:10, ponad pół minuty wolniej od zeszłorocznej Pietryny, dużo gorzej nawet od ostatniego Biegu Powstańca, trudnej przełajowej i górzystej dychy. Długo dyszałem jak ryba wyciągnięta z wody, chociaż na finiszu nie żyłowałem się aż tak bardzo jak zwykle. Krzysiek mi tym razem dokopał prawie 2 minuty. Może to pogoda, a może za niski albo za wysoki poziom wód gruntowych.

A może szczyt formy wypadł tydzień wcześniej na lotnisku, tak jak w przygotowaniach maratońskich wyskoczył 3 tygodnie przed głównym startem, kiedy zrobiłem rewelacyjny wynik na pabianickiej połówce. Życiówka pewnie padnie jak ostatnio późnym latem albo jesienią, bez szybkościowego przygotowania i na samej mocy z gór. No właśnie, teraz czas na ultra. A jeśli chodzi o ten wyjątkowo szybki maj, to... szklanka jest do połowy pełna! :-)

Pozdro! Kamil