Gdzie jest krzyż? V Limanowa Forrest 2013

1987 6 lipca. Późnym wieczorem, jak przed rokiem, podjeżdżam pod szkołę w Limanowej. Miałem zabrać kilka osób na pokład, ale jak to w życiu bywa, wszystkim coś stanęło na przeszkodzie. Przyjechałem więc sam. Imperatyw kategoryczny to imperatyw kategoryczny... Od razu spotykam moich zaprzyjaźnionych organizatorów, czyli Tusika, Andrzeja i Darka, oraz kilku nowych znajomych. Zgodnie z tradycją spożywamy wieczerzę pod lipą, chociaż tym razem niebo gwiaździste nad nami jest zasłonięte chmurami i pada lekki deszczyk. Nadmuchuję nowy materac, z którego w odróżnieniu od starego nie schodzi powietrze, i już po północy udaję się na dobry, zasłużony sen na salę gimnastyczną.
7 lipca. Od rana rejestracja, śniadaniowe zakupy i przedstartowe rozmowy ze znanymi i nieznanymi współzawodnikami i w dużej części znajomą ekipą organizatorów. Chociaż nie będzie 35 stopni jak rok temu, ale i tak zapowiada się niezły upał. Po odpowiednim odżywieniu się i nawodnieniu robię długą rozgrzewkę. Na Miejskiej Górze w słońcu bieli się krzyż. Wydaje się jakoś tak blisko, ale po zeszłym roku mam respekt przed tym podbiegiem.
Trasa będzie nieco krótsza, ponieważ nie dało się zamknąć startowej ulicy i bramę startu-mety trzeba było przenieść na drugą stronę rzeczki. Wypadł jednak w ten sposób tylko płaski kawałek po starcie i przed metą, a to po co tu przyjechaliśmy, czyli górska masakra, zostaje bez zmian.
Górska masakra. Taki właśnie charakter ma Limanowa Forrest. Krótki i brutalny. 300 m przewyższenia na pierwszych 2 km, mocno pofałdowany odcinek grzbietem, a później równie bezlitosny zbieg. W południe na starcie staje rekordowa liczba 427 zawodników (wliczając ok. 30 w kat. nordic walking), w tym mistrzyni Polski w biegach górskich Izabela Zatorska oraz najstarszy znany biegacz w Polsce, 86 letni Pan Edward Mucha, a także generał Roman Polko, założyciel jednostki GROM.
Przez przeniesienie startu rozbiegówka jest bardzo krótka. Od razu skręcamy w lewo, schodkami biegniemy w górę, przecinamy główną drogę i wypadamy na ul. Leśną. I od razu trasa staje dęba. Długi odcinek asfaltu z nachyleniem ponad 15% do przejazdu kolejowego. Organizmowi trudno się natychmiast przestawić na takie napieranie, ale dystans jest sprinterski, więc nie ma przebacz. Trzeba biec, i to szybko. Płaskie przebiegnięcie przez tory przynosi płucom chwilową ulgę.
Zaraz znowu robi się stromo. Żar z nieba, ciśniemy dalej, mieszkańcy ulicy wychodzą przed domy i kibicują. Podbiegam małymi krokami, tak mi się wydaje ekonomiczniej. Nieliczni wyrywają do przodu, więcej zawodników zostaje za mną z tyłu, niektórzy przechodzą w marsz.
Ponownie się lekko wypłaszcza. Łykam wodę na bufecie i zmuszam się do przyśpieszenia wbrew protestom organizmu. Półtora oddechu na jeden krok. Tętno pewnie osiąga kosmiczne wartości. Przed samym końcem asfaltu znowu stromo, ale postanawiam biec aż do początku ścieżki. Widać krzyż, wydaje się być w zasięgu ręki.
Tu już wszyscy wokół mnie przechodzą w marsz, chociaż niektórzy przeplatają go krótkimi podbiegami. Mi nie pasuje takie szarpanie, więc napieram równym, szybkim krokiem, często z rękami na kolanach, dysząc jak zziajany pies. Nachylenie na moje oko 20%, w porywach do 30. Mięśnie nóg palą, w płucach ogień, mam dość. Biegi górskie są do dupy.
Tworzy się mała szybsza grupka, razem wyprzedzamy innych, czasem zmieniamy się nawzajem kolejnością. Szlak skręca w lewo, zwęża się, robi się jeszcze stromiej. Ja już nie chcę do góry! Gdzie jest krzyż?
Jest! Na ostatnich metrach podejścia przechodzimy w bieg. Bramka pomiarowa premii górskiej ustawiona jest na przełączce między krzyżem i następną górką. Dobiegam tam z rozpędu, łapię kubek wody, na podbiegu muszę przejść w marsz. Tych małych górek jest jeszcze kilka. W dół puszczam nogi i wyprzedzam, a na podbiegach umieram. Nienawidzę tego sportu.
Wreszcie początek właściwego zbiegu. Drobnymi kroczkami ruszam szalonym tempem, zostawiając z tyłu współzawodników, tylko po to by zapłacić za to i dać się dogonić na najbliższym wypłaszczeniu. I tak w kółko.
Długi odcinek szutru. Póki jest stromo w dół, lecę szybko. W nogach boli każdy mięsień. Mijam kolejne stacje drogi krzyżowej. Za jaką pokutę się tak umartwiam i katuję własny organizm? Robi się mniej stromo. Znowu zdycham. Wypadamy na łąkę, ostro w dół, na nowo zyskuję kilka miejsc…
Betonowe płyty, potem asfalt. Wraca koszmar z zeszłego roku. Odkryta patelnia, gdzie już żadne drzewa nie chronią przed słońcem. Spadek terenu znowu niewielki, więc nic tu nie zyskam moją zbiegową techniką. W dodatku są dwie dłuższe hopki, gdzie do reszty tracę siły. W płucach ogień, w podeszwach ból od zbiegania, na tych lekkich podbiegach walczę żeby nie przejść w marsz. Jakoś truchtam, ale wyprzedza mnie spore stadko współzawodników. Nigdy więcej nie przyjadę na ten pieprzony bieg!
A jednak jest trzeci bufet. Przed startem mówiło się o dwóch. Niezbornym ruchem łapię kubek, ale ktoś mi go niechcący wytrąca z ręki, biorąc swój. Nieważne, i tak nie chciałem go wypić, tylko wylać na rozgrzaną czachę…
W końcu powrót na ul. Leśną, tory i ostatnia długa, bardzo stroma prosta w dół. Gdzieś w jej połowie cała duża grupa, co mnie przed chwilą wyprzedziła. Poniżej, jak z lądującego samolotu widzę jak na dłoni całą Limanową. Wstępuje we mnie jakaś niesamowita energia, której się po sobie w tym momencie nie spodziewałem. Limanowa, here I come!
Na stromej ulicy z dziwną dla mnie samego łatwością dochodzę grupkę. Kolejni zawodnicy zostają w tyle, dosłownie jakby stali w miejscu. Wszystko się rozmywa, widzę tylko kawałek przestrzeni przed sobą. Przelatuję przez główną ulicę. Chyba słyszę, jak stojący przy drodze kibice oklaskują moją szarżę, ale to jest gdzieś obok, poza mną. Biorę schodki w dół na dwa susy, ryzykując upadek. Ostatni zakręt w prawo, w oczach obłęd, wszystko jest jednym wielkim bólem, ale resztką świadomości słyszę jak grupka mi depcze po piętach, więc jeszcze przyśpieszam. Wpadam na kreskę, medal odbieram jeszcze na stojąco, ale zaraz się zataczam i padam na trawę pod płotem. Dziewczyna z obsługi podaje mi butelkę wody i pyta, czy wszystko w porządku. Będzie dobrze – mamroczę niepewnie. Biorę parę łyków, resztę wylewam na głowę, klatę i plecy. Dłuższą chwilę łapię oddech. Potem wszechogarniające zmęczenie bierze górę nad adrenaliną i leżę w letargu oparty o płot, ledwo rejestrując otaczającą rzeczywistość. Za co ja tak kocham ten sport?
Niedługo po mnie w dobrej formie przybiega gen. Polko, a w międzyczasie dwóm zawodnikom na mecie muszą udzielić pomocy lekarze. Wśród kobiet wygrała niezawodna Izabela Zatorska, która po biegu otrzymała tytuł Przyjaciela Miasta Limanowa. Klasyfikację mężczyzn wygrał Piotr Łobodziński. Zeszłoroczny zwycięzca, Sergij Rybak z Ukrainy, po wygraniu górskiej premii skręcił kostkę na zbiegu, ale dzielnie kontynuował bieg i ukończył go na 22 pozycji.
Podsumowanie. Czas 33:14 netto. 80 miejsce w open na ok. 400 startujących w biegu (390 ukończyło), 6 miejsce na 35 zawodników w kategorii. W zeszłym roku pobiegłem w 42:57 na dłuższej trasie. Tegoroczna trasa miała wg mnie niecałe 6 km, skrócona o płaskie odcinki w sumie prawie kilometrowej długości – powiedzmy, że przebiegłbym je w nieco ponad 4 minuty – co daje netto ok. 5.5 min. poprawy. Nawet biorąc pod uwagę nieco niższą temperaturę, jestem zadowolony. Od górskiej premii przesunąłem się o 3 miejsca w górę. W zeszłym roku miałem spadek o 9 miejsc. Teraz, chociaż też umierałem na zbiegu, jak widać rozegrałem to dużo lepiej. Na całej trasie dałem z siebie maksa, dokładnie tak jak chciałem.
Ekipa z Forresta jak zwykle zrobiła wspaniałą imprezę, z organizacją bez zarzutu, bezbłędnie oznaczoną trasą, doskonałą wyżerką po biegu oraz, co najważniejsze, niesamowitą, przyjazną atmosferą, dla której chce się do Limanowej przyjeżdżać na każde zawody. Byłem tu już trzeci raz – to mój drugi krótki lipcowy bieg, a pomiędzy nimi był wrześniowy półmaraton – i pewnie jeszcze nie raz tu zawitam. Kochani, bardzo Was proszę, nie wymigujcie się i w tym roku też zorganizujcie połówkę. A na razie – dzięki i szacun dla Was!
Wasz górski korespondent,
Kamil Weinberg
biegampolodzi.pl TEAM
Zdjęcie: Datasport.pl
Wyniki:
http://www.online.datasport.pl/results867/wyniki/01_OPEN_BIEG.pdf
Strona Organizatora:
http://www.forrest-limanowa.pl/
Trasa i profil (zeszłoroczne):
http://www.beskidwyspowy.com/trasy,31.html
Galeria zdjęć z mety:
http://www.online.datasport.pl/results867/galeria.php
Relacje z Limanowej z zeszłego roku (warto przeczytać, żeby złapać pewne odniesienia w tekście :-)
http://biegampolodzi.pl/z-kraju-i-ze-swiata/imperatyw-kategoryczny-czyli-iv-limanowa-forrest-2012
http://biegampolodzi.pl/z-kraju-i-ze-swiata/miremengjes-limanowa-czyli-ii-polmaraton-forrest